Olśniło nas, że przeżyliśmy już niemal cały rok 2020. W końcu lada moment zaczną się pojawiać świąteczne reklamy Coca-Coli, a w telewizji zapowiedzą że Kevin jest sam w domu. Jakoś się trzymamy. I doszliśmy jeszcze do pewnej prawdy, którą zrozumieliśmy, kiedy podróże małe i duże przestały być oczywistością. Po kilku miesiącach ograniczeń uświadomiliśmy sobie, że wyprawa wcale nie musi wiązać się z długim wyjazdem, aby była zaliczona do udanych. Miejsce, które odwiedzisz może być w tej samej strefie czasowej i niekoniecznie po drugiej stronie równika. Nawet nie musisz się jakoś specjalnie pakować, ani brać góry jedzenia. Niewiele musisz. Dlaczego?

Nasze podróże, czyli być wszędzie

Nasze pierwsze wspólne podróże w odległe zakątki świata ograniczały się przede wszystkim do Polski. Najdalszym skrawkiem Ziemi, który mieliśmy okazję razem zobaczyć na żywo było Maroko. To było coś wielkiego. Ale zwiedziliśmy ten kraj tylko połowicznie, w sposób tak negowany przez „prawdziwych” podróżników – z biurem podróży. Później nadszedł czas na spędzenie miesiąca w Pradze, półtorej miesiąca na rowerach na polskim wybrzeżu, około ośmiu tygodni pokonując szlak Green Velo. W międzyczasie zwiedzaliśmy największe miasta w Polsce i u naszych sąsiadów. W 2018 roku wdrożyliśmy swój najodważniejszy do tamtej chwili projekt – rowerową podróż z Polski do Grecji i z powrotem.

Przez cały ten czas odkrywaliśmy uroki bycia w drodze, poznawania nowych miejsc. Czuliśmy, że bez podróży nie wyobrażamy sobie życia. Że musimy być gdzieś indziej, że „trawa jest bardziej zielona tam gdzie nas akurat nie ma”. I tak pchani przez los trwaliśmy od podróży do podróży, wracając do domu by zarobić na kolejny wyjazd. Nie chcieliśmy odkładać niczego na później. Odsuwać od siebie możliwości, widząc tylko „ale” albo „może kiedyś”. Nie chcieliśmy tworzyć wymówek do kolejnych podróży. One sprawiają, że stajemy się zgorzkniali – drażnią nas wyjazdy znajomych, gdy ci chwalą się na Facebook’u kolejną fotką z Egiptu, Hiszpanii czy Brazylii. „A my wciąż tkwimy tutaj”.

Wtedy przyszedł rok 2020

Kiedy świat oszalał i nadeszła najpierw epidemia a później pandemia Covid-19, nasze życie wywróciło się do góry nogami. I zapewne nie tylko nam. Przecież mieliśmy plany, psychicznie byliśmy gotowi na podbój świata, kolejnego miejsca na Ziemi. Ale obostrzenia powodowały, że nasza mapa zaczęła się kurczyć. Zniknęły Azja, Ameryki, Afryka. Później restrykcje zabrały nam nawet Europę. Byliśmy „skazani” na podróże po lekko ponad 300 tys. kilometrów kwadratowych Polski. Przecież w naszym kraju zwiedziliśmy niemal wszystko co się dało. Co my tutaj zrobimy?

Sfrustrowani tym, że nigdzie w najbliższym czasie nie wyjedziemy, pogrążyliśmy się w pracy i umilaliśmy sobie czas przerabianiem samochodu i przygotowaniami do wyjazdu. By być gotowi. By kiedy tylko otworzą granice, uciec. Kiedy czuliśmy, że praca nas przytłacza a wiadomości dotyczące wirusa dołują, jechaliśmy gdzieś blisko. Ograniczyliśmy swój obszar poszukiwań ciekawych miejsc czy atrakcji do 100-150 km od domu. Nasze poletko zostało potężnie ograniczone. I musieliśmy sobie jakoś radzić.

Małe a cieszy

Łukasz Długowski napisał książkę „Mikrowyprawy w wielkim mieście”. Rozprawia w niej o zbawczym działaniu tytułowych „mikrowypraw”. Kiedy nie możemy wziąć urlopu w pracy, rodzina robi wyrzuty, a portfel… ech, lepiej nie pisać! – właśnie wtedy powinniśmy uruchomić swoją kreatywność. Autor książki zachęca czytelników, żeby nie skupiać się tylko na tych wielkich i wymagających ogromnego wysiłku wyprawach. Jak przyznaje, sam często czuł się źle, kiedy zawieszał poprzeczkę wysoko, a jej przeskoczenie było irytująco niemożliwe. Pojawia się frustracja, a walcząc z nią, jeszcze bardziej się wkurzamy. I koło się zamyka, a nasze podróże marnują się, bo nie odczuwamy tyle radości i nie ładujemy akumulatorów na tyle, na ile pozwala ich potencjał.

Wyświetl ten post na Instagramie.

Rzadko kiedy zdarza się taka okazja do pobycia sam na sam z naturą. Od kiedy panująca na świecie pandemia spowodowała, że ludzie albo przestali wychodzić z domu albo mocno ograniczyli swoją aktywność na świeżym powietrzu, przyroda zyskuje. I to dosłownie. Delfiny w kanałach Wenecji, brykające po ulicach Zakopanego sarny czy powracające na swoje stare tereny inne zwierzęta. Sami doświadczyliśmy tego spacerując po wreszcie mało uczęszczanych przez ludzi lasach. Dźwięki ćwierkających ptaków, tropy saren czy dzików na ścieżkach. Było tego stanowczo więcej niż zwykle. I ten zapach drzew, intensywny i lepiej wyczuwalny bo nie przytłumiony przez zapachy smogu. Aż chciałoby się zostać wśród zieleni na dłużej, złamać lub nieco nagiąć zakazy. Ale trzeba było wracać do domu. Bo i z tych ludzkich zakazów wreszcie może skorzystać i nasza Matka Ziemia. #zostańwdomu #zostanwdomu #forest #forestphotography #forestwalk #earth #eartday #trees #alone #alonetogether @ekstramisja.pl

Post udostępniony przez EkstraMisja.pl (@ekstramisja.pl)

W „Mikrowyprawach” autor pokazuje, że „lepszy rydz niż nic” i zachęca, abyśmy kiedy tylko możemy, wyciskali z wolnego czasu ile się da. Filozofia „mikrowypraw” opiera się na wyszukiwaniu zielonych plam na mapach naszych miast i ich okolic. Na odnajdywaniu miejsc, o których większość zapomniała lub nie dostrzega jej atrakcyjności. Musi się nam po prostu chcieć, ponieważ nie doświadczymy żadnej przygody, kiedy sami się o nią nie postaramy.

Moc mikrowypraw

Mieszkając jeszcze w Krakowie czasami praktykowaliśmy patent na podróże z książki Łukasza Długowskiego. Kiedy włączyliśmy sobie Google Maps i wyszukiwaliśmy te „zielone plamy” było ich mnóstwo. I to nie były tylko Błonia, Park Lotników czy Las Wolski. Mniej więcej co kilometr napotykaliśmy jakiś większy płat zieleni nie będący tylko kawałkiem trawnika.

Kiedy odkryliśmy kilka miejsc w okolicy naszego domu – Łąki Nowohuckie i Zalew Nowohucki czy Planty Bieńczyckie, doszliśmy do wniosku, że dawna stolica Polski jest o wiele bardziej atrakcyjna niż nam się wydawało. Do tego Zakrzówek, Tyniec czy nawet nie tak daleki Ojcowski Park Narodowy i wyjdzie, że w miesiącu – jeśli bardzo byśmy chcieli – moglibyśmy być codziennie w innym miejscu. I to praktycznie bez jakiegokolwiek nakładu finansowego. Mieliśmy bilet miesięczny na komunikację miejską, dlatego nie wydawaliśmy prawie nic na dojazdy do tych miejsc (chyba, że przekroczyliśmy strefę). Sam dojazd też nie trwał kilku godzin, tylko maksymalnie półtorej godziny.

Czas na Twoje mikro podróże

Taki patent na szukanie „plam” można wcielić niemal dla każdego miejsca w Polsce. Nie ważne czy mieszkasz we Wrocławiu czy Warszawie, Stalowej Woli czy Strzelcach Krajeńskich. My wdrożyliśmy ten sposób, by wytrwać ciężki czas covidowego lockdownu. Teraz czas na ciebie! Włącz mapę swojego miasta i sprawdź czy od twojego domu, w odległości, którą pokonasz w maksymalnie godzinę (autobusem, samochodem czy pieszo) znajduje się jakiś teren zielony. Następnie spakuj do plecaka jakiś mały kocyk lub zwiń karimatę, weź też śpiwór – w końcu dni nie są już takie ciepłe jak jeszcze miesiąc temu – i wyjdź z domu. Dostań się do celu, przespaceruj się lub od razu wbij się w śpiwór. Nie bój się nawet zdrzemnąć. Godzina spędzona w ten sposób sprawi, że poczujesz się o niebo lepiej. Przestaniesz odczuwać tą nieznośną pustkę, którą dotychczas zwalczałeś wyjazdami za miasto – w góry czy nad morze.

Cała tajemnica nie tkwi tak naprawdę w cudownych właściwościach tlenu – choć może trochę tak jest. Najważniejsze, żeby do codziennej przewidywalności, kiedy to kursujemy na odcinkach szkoła-dom, praca-dom, sklep-dom wcisnąć coś niebanalnego. Przyznajmy szczerze: rutynę lubi niewiele osób. Nikt nam nie wmówi, że uwielbia wykonywać te same zadania przez dłuższy czas, że nie potrafi sobie wymarzyć lepszej pracy. Jeśli tak faktycznie jest, chcielibyśmy z nim porozmawiać za kilka lat, bo teraz być może dopiero rozpoczął swoją karierę zawodową na tym „rutynowym” stanowisku. Ludzie się zmieniają i po jakimś czasie z nadmiaru tej monotonii człowiek może po prostu oszaleć. Nie dajmy się zwariować – wyrwijmy się rutynie!

Jeśli ty też nie lubisz rutyny, zostaw komentarz. Odwiedź nas na Facebooku czy Instagramie. Zostaw ślad swojej obecności i pędź do kolejnego zielonego miejsca na mapie. I pamiętaj – rozmiar ma znaczenie, ale nie tym razem. Mikro też może być spoko!

PS. Możesz wesprzeć nasze mikro i makro podróże. Jak? Odwiedź zakładkę „Wsparcie” a wszystkiego się dowiesz.