Po ośmiokrotnym już przekroczeniu granicy podczas jednej wyprawy, kolejne nie były dla nas tak ekscytujące. Ot, krótsza lub dłuższa formalność, uśmiechnięcie się do strażnika i ruszenie dalej. Pod względem atrakcyjności, granica albańsko-grecka nie odstawała od reszty. Czuliśmy za to niemałe podniecenie na myśl, że oto wjeżdżamy do kraju, który miał być swego rodzaju półmetkiem naszej podróży. Planowaliśmy bowiem zawrócić po dotarciu do Aten. Rzeczywistość grecka i przebyty już wymagający odcinek albański kazały nam jednak zrewidować założenia. Wiedzieliśmy, że stajemy się coraz mniej odporni na trudy drogi i będziemy musieli zacząć nieco szybciej zawracać w stronę Polski i domu. Dodatkowo nasze przypuszczenia co do wątpliwego bezpieczeństwa w Grecji potwierdziły się na krótko po przekroczeniu granicy. Nie warto było ryzykować.

Trasę przez kraj ouzo, zorby i niebieskich dachów na pobielonych budynkach zaczęliśmy wyznaczać analizując górzystość terenu i coraz mniej chętnie spoglądaliśmy na oznaczenie stolicy kraju. Przypuszczaliśmy, że kolejnej wielkiej góry na którą trzeba byłoby się wspiąć już nie pokonamy. A i obecność uchodźców może przysporzyć nam kłopotów. Dlatego jedynym słusznym wyborem wydało się nam dotarcie do Janiny, a stamtąd możliwie najkrótszą drogą na upragnione Meteory.

Pierwsi uchodźcy

Trasa do kurortu nad brzegiem Jeziora Pamvotida była długa i ciut nużąca, choć nie wymagająca tak jak ostatnio. Co prawda droga nie dawała po sobie poznać, że znajduje się blisko granicy – mijały nas tylko od czasu do czasu pojedyncze samochody. Za to temperatura sprawiała, że mieliśmy ochotę położyć się gdzieś w przydrożnych krzakach i przeczekać do wieczora by ruszyć dalej. I w miarę możliwości korzystaliśmy z zarośli, których cudowne właściwości chłododajne doceniły również kozy i owce. Zbyt długo nie chcieliśmy się jednak wylegiwać.

Po przejechaniu kilku kilometrów i oddaliwszy się nieznacznie od granicy, leżąc w zaroślach natknęliśmy się na grupkę uchodźców. To znaczy, oni natknęli się na nas i widać było, że nasz widok ich bardzo zaskoczył. Prócz uspokajającego „Easy, no problem!” poprosili nas tylko o odlanie odrobiny wody do swoich buteleczek i czym prędzej się oddalili. Nie chcąc zbytnio ryzykować ponownego spotkania, wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy w stronę Janiny. Świadomość, że grupki uchodźców skradają się pod osłoną krzaków wzdłuż drogi zmotywowała nas i poniekąd spowodowała, że na liczniku o wiele szybciej niż zwykle pojawiła liczba 90 przy znaczniku kilometrów, a dotarcie na kemping w Janinie był tylko formalnością.

W Janinie postanowiliśmy zostać na dłużej. Znalezienie zacienionego przez cały dzień kawałka trawy skutecznie zniechęciło nas do jazdy. Ponadto wyznaczyliśmy trasę przez dosyć trudny teren (górskie pasmo ciągnące się do samych Meteorów) i planowaliśmy zregenerować się nieco przed podjęciem wyzwania. Czekało nas wszak kilkadziesiąt kilometrów gór.

Droga w górach

Nim wydostaliśmy się na drogę wyjazdową na górską szosę musieliśmy znaleźć się po drugiej stronie jeziora. Szczęście, że droga nie była zbyt skomplikowana i wyjazd z Janiny, a później wzdłuż zbiornika Pamvotida nastroiła nas pozytywnie. Dopiero gdy znaleźliśmy się w okolicy wioski Loggades naszym oczom ukazała się serpentyna ciągnąca się w górę i zapowiadająca mozolną wspinaczkę.

Planowaliśmy przejechać około 65 km i spróbować powtórzyć ten wynik w kolejnym dniu. Rzeczywistość nieco zweryfikowała nasze plany. To co na mapie wyglądało na odcinek możliwy do pokonania, okazało się kolejnym trudniejszym wyzwaniem. Nachylenie i zwiększający się grecki upał skutecznie spowolnił naszą dwuosobową karawanę.

Dzień zakończyliśmy w Votonósi z wynikiem prawie 55 km po kilku próbach namówienia miejscowych na udostępnienie kawałka własnego trawnika. Nocowania na dziko obawialiśmy się ze względu na spotkanych uchodźców. Niestety mieszkańcy mijanych miejscowości odsyłali nas z kwitkiem proponując byśmy dojechali do Metsova. Problem polegał na tym, że chcąc tam dojechać musielibyśmy pokonać jeszcze 12 km, a byliśmy zbyt zmęczeni by nadal jechać w wymagającym terenie.

Nad naszym losem zlitowała się pani Elena, właścicielka podupadającej, przydrożnej restauracji. Pozwoliła nam rozbić namiot na schodach, tuż obok wejścia. Było to dla nas niezwykłe spotkanie. Starsza kobieta kompletnie nie znała angielskiego, więc nasze rozmowy odbywały się na migi i były przeplatane znanymi nam słówkami z rosyjskiego. Najpewniej pani Elena uznała nas za kompletnych wariatów i rano postanowiła nie pobierać od nas ustalonej wieczorem kwoty za nocleg. Poprosiła jedynie o zmycie farby z drabiny pozostawionej po niedawnym remoncie. Zadanie nie zabrało nam dłużej niż godzinę.

Opuszczona szosa

Żal było patrzeć jak interesy pani Eleny oraz wielu innych podupadają z racji pominięcia ich wiosek podczas budowy autostrady, która wbijając się tunelami pod góry skraca dystans najpewniej o połowę. Miejsca, które pewnie kiedyś tętniły życiem, a turyści zatrzymywali się choćby na moment, dziś świecą pustkami albo istnieją tylko dzięki samym mieszkańcom i ich przywiązaniu do tego terenu. Drogi niegdyś pełne samochodów, dziś są reliktem przeszłości. Można jechać spokojnie przez 10-15 km i nie minąć żadnego samochodu czy choćby motocyklu.

Mieszkańcy miejscowości przez które ciągnie się serpentyna starej drogi powoli wkraczają w strefę zapomnienia. Ta sytuacja przypomina nam trochę historię kultowej drogi numer 66 w Stanach Zjednoczonych. Podobnie jak w USA, tak i grecki odpowiednik wije się czasami niemiłosiernie wśród gór. Jednak dzięki temu osoby, które zdecydują się na przejażdżkę tą trasą otrzymują w zamian piękne widoki na rozrzucone wokół szczyty. Tych doznań wizualnych brakuje najpewniej na drodze ekspresowej, która co kilka kilometrów zanurza się pod ziemię i ciągnie się tak przez kolejne by tylko na moment wychylić się na powierzchnię. Pomimo tego, że zazdrościliśmy niemal totalnie wypłaszczonej drogi i skrótów pod górami, zachęcamy wszystkich do korzystania ze starych dróg. Oferują niezapomniane wrażenia, których na autostradach brakuje. A i mieszkańcy wspomnianych wiosek z radością patrzą jak turyści zajeżdżają pod którąś tawernę.

Zjazdów czas

Po nocy u pani Eleny mieliśmy dojechać z Votonosi do Meteor. Plan ambitny, ale nie wypalił. Skończyliśmy się po 12 km, pod Metsovem. Mieliśmy za sobą 500 m przewyższenia i wizję kolejnych 500 przed sobą. Psychicznie wysiedliśmy. Postanowiliśmy zostać w mieście na noc i przed pokonaniem kolejnych podjazdów znów się zregenerować.

Ta decyzja przyczyniła się do odzyskania sił. Dzięki temu pozostałą drogę na szczyt góry pokonaliśmy znacznie szybciej. Droga była tak pusta, że mogliśmy w wielu miejscach zarządzać odpoczynek bez kłopotu stając nawet na jej środku. Z braku tłumów skorzystały nawet zwierzęta, które w wypasały się na poboczu (wśród nich był również piękny, biały koń skubiący trawę i kroczący nieśpiesznie środkiem jezdni).

Po dotarciu do kulminacyjnego punktu trasy, gdzie droga wreszcie zaczęła opadać, dowiedzieliśmy się, że pokonany przez nas odcinek jest niebezpieczny i korzystanie z niego jest możliwe tylko na własną odpowiedzialność. Potwierdzały to leżące tu i ówdzie ogromne głazy, które zostały usunięte tylko częściowo, tak by przejechać mógł jeden pojazd. Dziwnie było oglądać tabliczkę z tą informacją dopiero po fakcie. Ucieszyliśmy się jednak, że zdołaliśmy bez uszczerbku na zdrowiu przejechać trasę. Mogliśmy oddać się przyjemności szybkich zjazdów krętą, malowniczą drogą. Była to duża nagroda za trudy dni poprzednich. Wiedzieliśmy, że dotarcie do Meteorów będzie możliwy tego samego dnia.

Meteory

Dojechawszy do Kastráki udało się nam szybko znaleźć pole namiotowe, na którym mogliśmy rozbić się i bez obaw zostawić dobytek na czas zwiedzania słynnych monastyrów.

Zwiedziliśmy trzy z sześciu Monastyrów otwartych dla turystów.
Pierwszym był Wielki Monastyr Meteora. Jak sama nazwa wskazuje, jest największy ze wszystkich innych. Dodatkowo jest najstarszy i najwyższy „rangą”. No i przyciąga największą liczbę turystów. Ale oferuje za to najpiękniejszą cerkiew ze wszystkich. Przynajmniej w naszej opinii.
W Monastyrze Varlaam najwięcej uwagi skupiał mężczyzna odnawiający freski i ikony w świątyni. System rusztowań i sprytne rozwiązania ułatwiające panu pracę wygrały z piętnastowieczną cerkwią.

Jeśli ktoś woli nieco spokojniejsze klimaty, warto wybrać się do Monastyru Świętej Trójcy. Nie wiemy, czy to przez późną porę, ale spacerowaliśmy po pomieszczeniach klasztoru w towarzystwie kilkunastu osób (w porównaniu do setek z Wielkiego Meteoru). Mogliśmy bez większego kłopotu usiąść na jednej z kilku rozsianych ławek i oglądać nie tylko zabudowania monastyru, ale także okoliczny krajobraz.

Monastyr Roussanou był niestety zamknięty. A szkoda, bo oferował podobno (według sprzedawcy biletu z autobusu dowożącego turystów na Meteory) najpiękniejszy widok na pozostałe świątynie. Podeszliśmy jedynie pod bramy i wróciliśmy na główną drogę.

Aby nie skupiać się jedynie na klasztorach, urządziliśmy sobie również niewielki spacer pomiędzy wysokimi skałami, podziwiając z dołu ich ogrom. Niewiarygodne jest jak piękne rzeczy potrafi tworzyć natura. Można patrzeć na te niezwykłe formacje skalne godzinami i wciąż znajdować coś nowego, niezwykłego. Chciałoby się zostać na dłużej. Mieliśmy jednak w planach dotrzeć do Salonik. 

Wybrzeże

Wizja dotarcia na drugą stronę Grecji i zobaczenia wreszcie Morza Egejskiego napawała nas optymizmem. Nawet jazda w ponad trzydziestostopniowym upale nie była tak mozolna. Czuliśmy coraz bardziej – choć raczej podświadomie – delikatną bryzę na twarzach. To pozwoliło na szybsze dotarcie do wybrzeża.

Kiedy po kilku dniach jazdy wgłąb lądu zobaczyliśmy jak otwiera się przed nami morze i usłyszeliśmy szum wody, wiedzieliśmy, że musimy urządzić sobie „urlop”. Doszliśmy do wniosku, że kiedy dojedziemy do Salonik, tamtejsze wybrzeże będzie ostatnim, jakie zobaczymy przez kolejne kilka tygodni jakie przeznaczymy na powrót do Polski. Nie chcieliśmy zbyt szybko rozstawać się z wodą. Szczególnie, że dowiedzieliśmy się, że Macedonia jest uznawana za biegun ciepła na Bałkanach. Nie mogliśmy więc odpuścić okazji wymoczenia się nad wodach Morza Egejskiego.

Dojechawszy do Paralii uznaliśmy, że znaleźliśmy odpowiednie miejsce na odpoczynek. Błogie lenistwo, nieśpieszne spacery i czas spędzany na plaży tak nam się spodobały, że do Salonik wyruszyliśmy po ponad tygodniu. Ale dzięki temu nasze ciała zregenerowały się, umysły oczyściły z czarnych myśli, które raz po raz pojawiały się w naszych głowach. Dodatkowo byliśmy dumni z siebie – przekonaliśmy się, że możemy pokonać na rowerach duże odległości (choć nie bez problemów) – mieliśmy na liczniku już 3600 km. Według nawigacji do Brzegu z którego wyruszaliśmy trzy miesiące wcześniej zostało około 1600 km. Wiedzieliśmy, że ten dystans zostanie przebity bardzo szybko – pytanie tylko o ile?

Saloniki

Przekraczając granicę Salonik wiedzieliśmy, że przyjazd do nich był jedną z gorszych decyzji podczas tej wyprawy. Można było się domyśleć, znając nasze zbyt małe uwielbienie do dużych miast, że drugie co do wielkości miasto Grecji na naszej liście miejsc do ponownego odwiedzenia się nie znajdzie. Pierwsze wrażenie było takie, jakiego się spodziewaliśmy po metropolii – głośno, tłoczno i za dużo wszystkiego. Zaczęliśmy żałować, że w ogóle zdecydowaliśmy się na wjazd do centrum, zamiast od razu odbić się od miasta i pojechać w kierunku granicy.

Złe wrażenie powoli ustępowało rozluźnieniu i nawet niewielkiej fascynacji, kiedy po pozostawieniu rzeczy w hotelu udaliśmy się na spacer. Przechadzka po Salonikach, chociaż w nieco niższej temperaturze z początku, było dosyć męczące. Przestawienie się na tryb pieszy wymagało czasu. Ale im dalej szliśmy i im więcej widzieliśmy, tym mniej zwracaliśmy uwagę na ból nóg oraz wszędobylski hałas i tłum.
Zobaczyliśmy kilka budynków wpisanych na listę UNESCO, w tym Rotundę oraz kościół Aghia Sophia. Nie zabrakło też spaceru nadmorskim deptakiem czy pizzy na kawałki sprzedawanej na każdym rogu – w końcu wakacyjny klimat musiał być. Zwiedzanie zajęło nam cały dzień i do hotelowego pokoju wróciliśmy dopiero późnym wieczorem.

Nie zamierzaliśmy zostawać w Salonikach dłużej niż było to konieczne. Rano postanowiliśmy znaleźć sklep rowerowy, gdzie chcieliśmy zaopatrzyć się w zapasowe dętki. Obawialiśmy się, że Macedonia może być zbyt „dzika” i miejsc oferujących taki ekwipunek może być niewiele. Nie chcieliśmy ryzykować jazdy bez zapasu.

Opuszczamy Grecję

Kiedy wreszcie udało się nam zdobyć dętki ruszyliśmy na drogę wyjazdową w stronę granicy w miejscowości Gawgelija. W krótkim czasie udało się pokonać znaczną odległość. Jechało się dobrze i potrzebowaliśmy jedynie dwóch przerw by dotrzeć do granicy.

W stronę Gawgeliji jechaliśmy trochę z duszą na ramieniu. Obawialiśmy się, że służby mogą cofnąć nas na przejście graniczne w Dojranie w związku z tym, że poruszaliśmy się na rowerach. Nic takiego jednak się nie stało. Straż graniczna bez problemu przepuściła nas nie spoglądając nawet na nasze rowery. Mogliśmy spokojnie oddać się poszukiwaniu noclegu w nowym kraju. Ale o tym w kolejnej części relacji z wyprawy rowerowej przez trzynaście państw Europy Południowej.

Zapraszamy serdecznie do czytania nie tylko relacji, ale również innych artykułów, których nie brakuje na EkstraMisji. Zachęcamy także do udostępniania tekstów rodzinie i znajomym. Być może kogoś jeszcze zainteresujemy swoją działalnością i śledzących EkstraMisję przybędzie.

Odwiedźcie nasze profile na Facebooku, Instagramie i Twitterze. Pamiętajcie, że na wyprawie Ekstra13 nie zakończyliśmy swojej działalności. Planujemy kolejne projekty, a głowy pękają od nowych i bardziej śmiałych pomysłów. Sprawdźcie na jaką wyprawę planujemy teraz na profilu Patronite, gdzie możecie również wesprzeć najnowsze projekty.

Obserwuj nas na:
Follow by Email
Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Instagram