Wjeżdżając do miasteczka, można odnieść wrażenie, że przeniosło się do włoskiego kurortu. Sighnaghi kilka lat wcześniej przeszło kompletny lifting i dziś jest podobno bardziej malownicze niż w czasach świetności. Nie mamy wątpliwości, że jeśli chodzi o odpoczynek i złapanie dystansu od pędzącego świata, to miasteczko te nadaje się chyba najbardziej z całej Gruzji. Niektórzy twierdzą, że spacerując po stromych brukowanych uliczkach pośród wypieszczonych domów i kamiennych kościołów, można poczuć się niemal jak w Toskanii. Kluczem jest oczywiście słowo „niemal”. Sami jesteśmy zdania, że do Shignaghi warto przyjechać szczególnie po to, by zrobić sobie przerwę w podróży, z dala od turystycznego tłoku. A widoki i bądź co bądź ładna zabudowa są tylko dodatkiem.

Niemal na końcu świata… A przynajmniej kraju.

Sighnaghi znajduje się niemal na skraju Gruzji, nieopodal granicy z Azerbejdżanem. Położone jest na wielkim wzgórzu otoczonym z każdej strony nizinami, przez co widok na nie tak odległe góry jest jeszcze lepszy. Spoglądając na nie mieliśmy wrażenie, że dotarliśmy do Minas Tirith i widzimy przed sobą wejście do Mordoru z powieści Tolkiena.

Aby dostać się do Sighnaghi trzeba wsiąść do jednej z marszrutek wyjeżdżających z Tbilisi i przejechać około 100 km. Z racji swego położenia, miasteczko stanowi dobry punkt wypadowy do kilku atrakcji, m.in. monastyru Dawida Gareji i rezerwatu przyrody Lagodechi czy pobliskich winnic, których w tym rejonie Zakaukazia nie brakuje.

Jedna góra i ulica

Spędziwszy w Sighnaghi trochę więcej czasu dochodzi się do wniosku, że orientacja w nim nie jest trudna. Początkowy szok związany z wielopiętrowym usytuowaniem budynków i ślepymi uliczkami ustępuje, gdy zauważy się, że miasteczko jest niczym innym jak ciągiem domów i kamienic ustawionych wzdłuż jednej tylko arterii. Problemem może być fakt, że drogę poprowadzono to w górę, to w dół. Chodząc wszędzie na piechotę można się czasami nieźle zdyszeć. Ale trafić do upatrzonego miejsca nie jest trudno.

Ścisłe centrum Sighnaghi ciągnie się od placu Solomona Dodaszwilego po plac Ereklego II, przechodząc m.in. obok ratusza. Szukając dobrze zaopatrzonego sklepu spożywczego warto udać się na ulicę 9 Kwietnia. Nieopodal niewielkiego skwerku i restauracji Sarajishvili, wewnątrz niewielkiej hali mieści się bazar, w którym kupić można niemal wszystkie potrzebne produkty do przyrządzenia czegokolwiek. Nie brakuje przetworów, pieczywa, warzyw i owoców oraz wszelkiej maści popularnych w Gruzji rodzajów mięs. W czasie, kiedy tam byliśmy, ceny były naprawdę niskie.

W razie problemów z orientacją, można spróbować szczęścia i zdobyć potrzebne informacje w biurze obsługi turystów, mieszczącym się przy placu Ereklego II. Nam się to nie udało ponieważ przez cały pobyt było ono zamknięte. Oficjalne godziny otwarcia to 10.00-18.00, ale obsługa – najpewniej z natłoku innych, ciekawszych zajęć – nie przykłada wagi ani do Waszej wizji informacji turystycznej ani do swojej ważnej roli w życiu miasteczka.

Miasto miłości

Ze względu na swą urodę i bliskie usytuowanie winnic, które potęgują romantyczną aurę, Sighnaghi często jest nazywane Miastem Miłości. Samo w sobie nie posiada zbyt wielu pojedynczych zabytków – urzeka raczej jako całość. Najlepszy sposób na zwiedzenie miasta to powolny spacer nie tylko po głównej ulicy, ale również wśród zabytkowych zaułków.

W centrum zachował się niezwykle malowniczy kompleks starych kachetyjskich domów z ażurowymi, misternymi balkonami na piętrze. W porównaniu z tymi z Tbilisi, budynki tworzą raczej zwartą strukturę bez wewnętrznych dziedzińców z arkadami. Większość z nich pochodzi z XVIII i XIX w. i przeważnie nie są wyższe niż dwie kondygnacje.
Niegdyś górne piętra spełniały funkcje mieszkalne. Na dolnym urządzano sklepy czy warsztaty rzemieślnicze (Shighnaghi do dziś znane jest ze swych wyrobów skórzanych, ceramicznych oraz metalowych).

Warto również na chwilę zatrzymać się przy niewielkim skwerku tuż obok placu niedaleko Muzeum Narodowego Sighnaghi. Na murze stworzono płaskorzeźbę sporych rozmiarów upamiętniającą ofiary II Wojny Światowej. Wzdłuż niego często rozkładają swe kramy lokalni wytwórcy różnych ozdób lub narzędzi i pamiątek. Można kupić sobie szal, dywan lub choćby kosz wiklinowy – ot, niewielka pamiątka po wypadzie do Gruzji.

Między placami Dodaszwilego i Agmaszenebelego mieści się Muzeum Etnograficzne z podobno atrakcyjną ekspozycją. Osobiście nie odwiedziliśmy. Woleliśmy bardziej rozkoszować się różnorodnością płynów nisko- i wysokoprocentowych, których – z racji wspomnianej mnogości winnic w okolicy – nie brakuje.

„Różnorodność płynów…”

Postanowiliśmy spróbować miejscowej chachy. Pędzona najpewniej na zapleczu i przelewana do pięciolitrowych baniaków po wodzie źródlanej ciecz o lekko żółtawym kolorze posmakowała nam bardzo. Szczęście, że sprzedawana była również w wersji mniej hardcorowej – 1,5 l. Gdyby nie to, wycieczka po winnicach, zaplanowana na kolejny dzień stanęłaby pod znakiem zapytania.

Podczas objazdówki odwiedziliśmy winiarnię Shumi mieszczącą się w Tsinandali. Wytwarza się tam m.in wytrawne białe Tsinandali, czerwone Mukuzani czy najbardziej nam smakujące, półsłodkie Kindzmarauli. Z racji bliskiego pokrewieństwa trunków posmakowaliśmy również chachy Rkatsiteli.
Podczas degustacji zabrakło samego omówienia technicznych kwestii wytwarzania, choć my, jako laicy niewiele z tych informacji akurat wyciągnęliśmy.

Kolejnym przystankiem była winnica Vaziani, kilka kilometrów dalej. Prócz poznanego wcześniej Kindzmarauli, posmakowaliśmy Vaziani Rose – wina różowego, Mtsvane oraz Saperavi – oba czerwone. Rkatsiteli tym razem spróbowaliśmy w wersji winnej. Z zestawu najbardziej podpasował nam – prócz oczywiście Kindzmarauli – Saperavi, choć był mocno wytrawny i jak dla nas zbyt cierpki.

Trzecią wytwórnią win była ta ulokowana w Kvareli – Koncho & Co. Przypominająca bardziej fabrykę niż manufakturę, największa i najdroższa na naszej trasie rozlewnia, z dużym działem jakości. I z dziesiątkami turystów zaaferowanych możliwością łyknięcia za półdarmo – jak dla nas ciut za drogich – win. Finalnie okazało się, że z kilku kropel trunków prezentowanych w czasie degustacji nam posmakowało Khvanchkara – półsłodkie, czerwone.

Ostatnim punktem na trasie była przydomowa winnica, której nazwy i polecanych win sami byśmy woleli nie reklamować. Trunki były dziwne, kwaśne. Zostaliśmy tam zawiezieni najpewniej tylko po to, by znajomy naszego kierowcy zgarnął kilka złotych monet. Jeśli zobaczycie kiedyś przed sobą miejsce pasujące do poniższych zdjęć – uciekajcie.

Nie tylko wina

Podczas objazdówki nie zabrakło również innych atrakcji, które mniej lub bardziej polecamy.
Odwiedzając Koncho & Co można podjechać nad całkiem spore jezioro Ilia, na zachód od Kvareli. Jest to dosyć malownicze miejsce, choć przez fakt zatrucia nas chaczapuri po adżarsku (z jajkiem) w restauracji nad brzegiem akwenu, nie wspominamy pobytu tam zbyt dobrze.

Będąc już w Kvareli warto zrobić kilka dodatkowych kilometrów i podjechać do monastyru Nekresi. Jest to pięknie położony na zalesionym wzgórzu i składający się z kilku obiektów klasztor, pochodzący z okresu IV – IX wieku. Ściany budynków zdobią średniowieczne malowidła, a z góry rozciąga się naprawdę piękny widok na okolicę.

Monastyr Dawid Gareja

Wspominaliśmy, że Sighnaghi jest dobrym miejscem wypadowym na wycieczki po okolicy. O ile Rezerwat Lagodekhi oraz Park Narodowy Washlovani postanowiliśmy odłożyć na inny wyjazd, to monastyru Dawida Gareji nie mogliśmy odpuścić.
Jest to jeden z typowych gruzińskich klasztorów częściowo wykutych w skale. Jego usytuowanie dodatkowo nakłania do odwiedzenia – widok z niego na granicę z Azerbejdżanem i dalsze jego równiny sprawia, że chce się rozsiąść na kilka godzin i spoglądać w wydawałoby się bezkresną dal.

W okresie świetności istniało tu aż kilkanaście niezależnych monastyrów, tworząc tym samym największy kompleks tego typu w Gruzji. Po burzliwych latach najazdów i przejść kolejnych wojsk Dawid Gareja podupadł i zmienił się powoli w ruinę. Później, w czasach radzieckich przeprowadzano w okolicy ćwiczenia wojskowe oddziałów wyruszających do Afganistanu.

Dziś dwa najlepiej zachowane monastyry to Lawra i Udabno. Ten pierwszy został założony właśnie przez Dawida Gareję i tym samym jest najstarszym klasztorem całego zespołu i jedynym zamieszkałym. Udabno znajduje się nieco wyżej, w jaskiniach od strony Azerbejdżanu. Dojście do niego jest nieco skomplikowane – brakuje jasnych wskazówek i wyraźnej ścieżki. Niemniej najlepiej po gładkim piaskowcu powyżej Lawry kierować się możliwie jak najwyżej na wschód. Dojdzie się do niewielkiej kaplicy, gdzie posterunek urządzili sobie pogranicznicy. Za budynkiem widać już ścieżkę biegnącą po zboczu góry. Trzeba być ostrożnym – wędrówka po urwisku jest miejscami bardzo trudna. Dodatkowo wśród zarośli mogą czaić się niebezpieczne węże lub skorpiony, których jad jest zabójczy dla człowieka. My spotkaliśmy się z żółwiem. Opanowaliśmy chęć wzięcia go do plecaka i ruszyliśmy w drogę powrotną.

Gdzie spać?

Na nocleg wybraliśmy niewielki Cherqe Guest House, za około 17 zł od osoby za dobę. Spotkaliśmy się z bardzo miłą i zaangażowaną właścicielką, która dbała o nas od pierwszych chwil. W zasadzie, to dopieściła nas zanim jeszcze przekroczyliśmy próg jej domu. Mianowicie, gdy zgubiliśmy się w drodze do niej, wysłała po nas zupełnie za darmo dwa quady, które przetransportowały naszą dwójkę i plecaki pod samą kwaterę. Na powitanie zaproponowała frappe i drobny poczęstunek.
W czasie kolejnych dni pobytu przy okazji przygotowywania smakołyków dla swojej rodziny, częstowała nas swoimi wytworami. Nie zabrakło również codziennej frappe czy wina. Kiedy odchorowywaliśmy błędną decyzję kulinarną z objazdówki po winnicach, martwiła się i starała się ulżyć jakbyśmy byli częścią jej rodziny. Bardzo miło wspominamy te kilka dni u niej.

W Sighnaghi znajduje się wiele różnego rodzaju kwater – od malutkich pokoi po apartamenty. To tu znajduje się również guest house, który szczególnie poleca znana ze oferowanych wycieczek po Gruzji Asia z „Gruzja Moja Miłość„.
Mieliśmy okazję poznać właściciela, Giorgiego. Niestety, nie zrobił na nas zbyt dobrego wrażenia. Pomimo zachwalania przez szeroką publiczność i wielu uczestników wyjazdów Asi, nam objawił się jako zbyt pewny siebie. Przekonany, że swoją ofertą jest w stanie zmieść wszystkie inne kwatery w okolicy nie omieszkał przekonywać nas, że wybrany przez nas nocleg będzie najgorszym ze wszystkich dotychczasowych i wrócimy niezadowoleni. Że musimy wybrać jego kwaterę. Co prawda niemal dwukrotnie drożej, ale za to w znanej miejscówce. No i wygodniej. Z nieograniczonym winem. Z Wi-Fi. Dziś wiemy, że będąc znów w Sighnaghi wybralibyśmy ponownie Cherqe Guest House – taniej i bez komercji… Za to z rodzinną atmosferą i łykiem pysznej frappe na werandzie z widokiem na zalesione wzgórze.

Jeśli byliście w Sighnaghi i chcielibyście dodać coś od siebie, dajcie znać w komentarzu. Wszelkie informacje przyjmujemy z ochotą i równie chętnie zaktualizujemy ten wpis. Jeżeli chcecie więcej informacji co do noclegu, oferowanych atrakcji – piszcie. Postaramy się odpowiedzieć na wszystkie pytania.

Pamiętajcie żeby śledzić EkstraMisję na Facebooku, Instagramie, Twitterze. Dzięki temu nie ominie Was żadna nowość, ani żaden wpis czy zdjęcia. Polećcie nas swoim znajomym. A nóż widelec spodoba się im to co robimy i powiększą naszą czytelniczą rodzinkę. Zapraszamy do lajkowania, udostępniania i komentowania tutaj i w mediach społecznościowych.

Polecamy również zajrzeć na nasz profil na Patronite, gdzie znajdziecie informacje o naszych planach i najbliższych wyprawach. Możecie dołożyć cegiełkę do wypraw, działalności EkstraMisji lub po prostu w inny sposób dać nam znać, że się Wam podoba co robimy. Z góry oczywiście dziękujemy!

Obserwuj mnie na:
Follow by Email
Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Instagram