Poszukiwanie kempingu

Wyszukaliśmy informację, że niedaleko, w miejscowości Dhermi, tuż przy morzu znajduje się kemping. Czyżby to było takie proste? Niestety, aby się przekonać trzeba było zjechać stromo w dół do plaży. Po chwili poszukiwań i zapoznaniu się z ofertą noclegu (która delikatnie mówiąc wiązała się z zapłatą kwoty z kosmosu), zdecydowaliśmy się jechać dalej.

Chcąc nieco ułatwić sobie drogę postanowiliśmy pojechać dalej plażą. Widzieliśmy po mapie, że jest taka możliwość. Później trzeba by było wspiąć się na jakieś 100 metrów. Po pokonaniu przełęczy Llogara nie było już dla nas rzeczy niemożliwych.

Tutaj czekała nas kolejna przykra niespodzianka. Droga, którą pokazywała mapa okazała się utwardzoną kamieniami drogą ujeżdżoną przez jakieś pojazdy budowlane. I pokonanie tego przewyższenia nie było takie łatwe. Zaczęliśmy nawet rozważać rozbicie się na dziko, ale nigdzie nie było kawałka plaży do której nie dotarłby człowiek – w pobliżu był niewielki beach bar i właściciel nie był skory do pomocy. Cóż było robić, trzeba było wepchnąć pojedynczo rowery pod górę i wierzyć, że nasze ciała dadzą jeszcze radę przejechać te kilka kilometrów do następnego kempingu lub gdziekolwiek, gdzie uda się nam rozbić namiot bez obaw, że komuś będzie on przeszkadzał.

Po godzinie walki wyjechaliśmy na drogę SH8. Po krótkim odpoczynku nieopodal Hotelu Relax Dhermi ruszyliśmy dalej. Pokonawszy niewielki kanion w okolicy Ilias zaczęliśmy dojeżdżać do miejscowości Himare. Jak się okazało kemping znajdował się na końcu tej turystycznej miejscowości. I był to strzał w dziesiątkę. Camping Himara to niewielki teren na tyłach hotelu założony najpewniej przez komunę hipisowską. Tutaj nie dba się o to, by wszystko było piękne i schludne, ale o to, żeby goście czuli się swobodnie. Znaleźliśmy odpowiednie miejsce na reset. Postanowiliśmy zostać w Himare na trzy noce i kompletnie nic nie robić. Leniuchowanie i spacerki po deptaku – tego było nam trzeba.

Droga do Sarandy

Trzydniowy reset opłacił się, choć nasze podejście do dalszej jazdy wciąż było jeszcze mocno nieodpowiednie. Opuszczając kemping czuliśmy, że przydałoby się spędzić na nim jeszcze kilka dnia. Jednak musieliśmy się ruszyć. Saranda była całkiem niedaleko, a i do granicy z Grecją wiele nie brakowało. Chcieliśmy zbliżyć się do półmetka podróży możliwie jak najszybciej.

Zaczęliśmy porównywać drogę do Sarandy i Gjirokastry z tą, którą pokonywaliśmy w Austrii jadąc do Grazu. Tam również podróż zajęła nam więcej czasu niż przypuszczaliśmy. Najwyraźniej mieliśmy podobny kryzys.

Po opuszczeniu miejscowości Himare zaczęliśmy wspinać się na wzniesienie oddzielające nas od Portu Palermo. Pomimo całkiem wczesnej pory słońce już mocno operowało. Potrzebowaliśmy kilku przerw by wspiąć się na szczyt wzniesienia. Za nim czekało nas sporo zjazdów i widok na twierdzę ulokowaną na niewielkim półwyspie. Kiedy mijaliśmy zjazd do niej widzieliśmy, że ma niezłe wzięcie. Nawet przemknęła nam przez moment myśl, by zrobić tam odpoczynek. Doszliśmy jednak do wniosku, że niedawno wyjechaliśmy i straciliśmy już i tak za dużo czasu na podjazd. Woleliśmy skorzystać z dosyć długiego zjazdu i nie tracić prędkości, którą nie tylko napawała nas radością, ale również oziębiała przegrzane wysiłkiem i słońcem ciała.

Odpoczęliśmy w pustostanie w miejscowości Qeparo. Na trasie nie brakuje takich napoczętych budynków, które może kiedyś zamienią się w hotele, pensjonaty czy domy. Nasz pustostan był całkiem sporym straszydłem, z trzema kondygnacjami, miejscem na basen i widokiem na morze zapierającym dech w piersi. Nie chcemy nawet szacować ile musielibyśmy wydać na nocleg w nim, gdyby funkcjonował. Teraz budynek robi za schronienie dla krów i kóz, których ślady widoczne były absolutnie wszędzie. Żal było patrzeć, jak mury tego niedoszłego hotelu niszczeją, zarastając krzakami i tonąc w ekskrementach. Po godzinie wyjechaliśmy znów na drogę.

Szosa wiła się wzdłuż wybrzeża raz po raz wymagając od nas przyłożenia nieco większej siły. Niemniej, był to wysiłek, który był niczym w porównaniu do przełęczy Llogara. Zresztą sprawnie pokonywaliśmy ostatnie 30, 20 czy 10 km. Przed samą Sarandą droga wyprostowała się. Jechało się nam zdecydowanie lepiej. Na dodatek słońce już dawno schowało się za horyzontem. I robiło się coraz później.

Gdy byliśmy już w Sarandzie zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, by spróbować zarezerwować nocleg. Te najtańsze niestety zostały już wyprzedane. Postanowiliśmy dojechać do hostelu, który wydał się nam najbardziej atrakcyjny i spróbować przenocować w nim przynajmniej na jedną noc. Nie chcieliśmy ryzykować noclegu na dziko, kryjąc się gdzieś w zaułku tak dużego miasta.
Właściciel hostelu był mocno zdziwiony, gdy – już po oficjalnej godzinie meldunku – zapukaliśmy do jego drzwi. Jednak tak jak przypuszczaliśmy, pomimo braku miejsc na Booking.com, w obiekcie było jeszcze kilka wolnych łóżek. Ucieszeni wpakowaliśmy się czym prędzej do jednego z pokoi i kilka minut później zasnęliśmy.

Długi odpoczynek numer 2

Kolejnego dnia, gdy obudziliśmy się na krótko przed czasem wymeldowania, wynegocjowaliśmy u właściciela możliwość noclegu na kolejne dwie doby. Wiedzieliśmy, że zmęczeni nie damy rady dojechać do Butrintu, niewielkiej osady położonej pod Sarandą, a na której odwiedzeniu zależało nam szczególnie.
Pomimo tego, że to stanowisko archeologiczne jest położone około 15 km od Sarandy, wielokrotnie spotkaliśmy się z informacją, że to własnie ona, a nie Butrint jest wpisana na Listę UNESCO. Dziwne – pomiędzy tymi dwoma miejscami jest jeszcze Ksamil, który według nas bardziej nadawałby się do miana miasta UNESCO.
Niemniej, dojechanie do zarówno jednego jak i drugiego przy naszej zszarganej kondycji byłoby niemożliwe. Postanowiliśmy dzień przeznaczyć na leniuchowanie. Szczęście, że pyszne śniadanie mieliśmy zapewnione u właściciela. O kolejny posiłek trzeba było martwić się dopiero po kilku godzinach.

Butrint, czyli tam i z powrotem

Następnego dnia, gdy nasze ciała nieco odsapnęły, a morale osiągnęły wystarczający poziom wyruszyliśmy w kierunku Butrintu. Droga nie była szczególnie wymagająca. W większości przebiegała przez Park Kombëtar i Butrintitu, malowniczy skrawek terenu, który oddziela niewielką zatokę mierzeją gdzie ulokowano miasteczko Ksamil. W przeszłości mieściła się tu baza wojskowa i dopiero niedawno zaczęto osiedlać się tu na stałe. Samo stanowisko archeologiczne znajduje się około 1,5 km dalej na południe.

Traf chciał, że dojechawszy na miejsce okazało się, że za bilet wstępu nie można płacić kartą. Przekonani, że z tym problemu nie będzie zdziwiliśmy się mocno. Jak jedna z największych atrakcji Albanii może nie akceptować kart płatniczych? Cóż było robić, trzeba było wrócić do Ksamilu, znaleźć bankomat obsługujący Mastercard (a mając takie wymagania bywa ciężko – większość bankomatów obsługuje tylko Visa). Całe szczęście takowy się znalazł i – pomimo dosyć sporej prowizji od wypłaty – po chwili mieliśmy już zapas gotówki na najbliższe dni. Szybki powrót pod bramy Butrintu, kupno biletu i już przyglądaliśmy się pozostałościom osady greckiej.

W Butrincie można podziwiać znaleziska archeologiczne z czasów starożytnych. Według podań istniała tutaj osada iliryjska założona przez uciekinierów z Troi. W VII w. p.n.e. przekształconą ją w kolonię grecką i miasto portowe. W kolejnych stuleciach Butrint stał się ważnym ośrodkiem kultu boga Asklepiosa. Trzy stulecia później miasto zostało przejęte przez Rzymian i pozostało pod jego rządami do VI w. n.e., kiedy to upadło pod wpływem licznych grabieży w czasie wielkich wędrówek ludu.

Na miejscu można podziwiać pozostałości amfiteatru z III w. p.n.e. babtysterium z VII w. (kiedy tam byliśmy słynne mozaiki na jego podłodze zostały przykryte żwirem, najpewniej w celach ochronnych – podobnie jak kilka innych zdobień w pozostałych obiektach), ruiny łaźni i kaplicy z V w. a także budynki mieszkalne i okalające teren mury obronne.

Wybierając się na wycieczkę po Butrincie warto przygotować się na kilkugodzinny spacer wśród niekoniecznie ciekawych starożytnych obiektów. Jeśli nie ma się ze sobą przewodnika albo wystarczającej wiedzy o tym miejscu i wydarzeń jakie w czasie jego świetności miały miejsce, podróż do Butrintu może wydać się stratą czasu. Dla nas miejsce było ładne, ale biorąc pod uwagę ilość dni jakie spędziliśmy na dojazd do niego i trudy, które musieliśmy przejść by pokonać trasę, mogliśmy sobie Butrint odpuścić. Niemniej, by kompletnie nie stracić wiary w to przedsięwzięcie i odnieść wrażenia podróży na darmo, zaglądnęliśmy niemal pod każdy kamień i przeczytaliśmy wszystko co było do przeczytania.

Nie chcieliśmy wyjeżdżać z Sarandy kolejnego dnia. Zrobione około 40 km na rowerach plus jeszcze kilka wśród ruin na nogach dało się nam we znaki. Postanowiliśmy ponownie poleniuchować nim przedrzemy się przez niewielkie pasmo górskie na drogę do Gjirokastry. Na drodze czekała nas jeszcze jedna atrakcja – Blue Eye w Rezerwacie Przyrody Syri i Kaltër.

Niebieskie Oko Albanii

Niebieskookie wywierzysko kusiło tym bardziej im bliżej niego byliśmy. Od kiedy odwiedziliśmy na swojej trasie jaskinie Słowenii czy cudowne wodospady w Chorwacji czy Bośni i Hercegowinie, takie cuda natury pociągały nas jeszcze mocniej. A skoro i tak było na trasie, żal było nie skorzystać z okazji.

Blue Eye położone jest około 20 km od Sarandy, na drodze do Gjirokastry. Trasa nie jest zbyt wymagająca, a im bliżej rezerwatu, tym robi się bardziej zielono. Po zjeździe z szosy wjechaliśmy na szutrową drogę. Obawialiśmy się nieco o nasze opony, które na podobnych nawierzchniach dosyć szybko łapały gumę. Szczęście, że tego dnia nie musieliśmy się o to martwić. Jazdę wgłąb rezerwatu umilał nam widok Syri i Kaltër, podłużnego jeziora z niemal przeźroczystą wodą. A im bliżej Blue Eye, tym bardziej robiła się przejrzysta. Od szosy do głównej atrakcji rezerwatu trzeba przejechać jakieś 2 km. Kiedy już zastanawialiśmy się, czy nie pomyliliśmy drogi spostrzegliśmy sporo zaparkowanych na poboczach samochodów – od osobówki, poprzez terenówki po busy i kampery. Widać, że Niebieskie Oko cieszy się dużym zainteresowaniem.

I rzeczywiście, kiedy dotarliśmy w końcu na brzeg potoku, który rozlewał się na niewielką plażę zaniemówiliśmy. Woda z wywierzyska była tak błękitna jak żadna inna widziana przez nas do tej pory. To było coś niesamowitego. Jakby natura postanowiła chlapnąć najbardziej niebieską farbą w sam środek połaci zieleni. Postanowiliśmy posiedzieć w pobliżu Blue Eye nieco dłużej, w cieniu drzew, zjeść obiad i nieco odpocząć przed dalszą drogą. No i skoczyć z platformy widokowej ulokowanej nad samym wywierzyskiem, około 4 metrów nad bulgoczącą taflą wody. A ta jest naprawdę lodowata. Jednak skoki wprost do krystalicznie czystego błękitu – są niezapomniane i dostarczające trochę adrenaliny („Uda się trafić w przerwę w skałach czy nie?”).

Kiedy już nacieszyliśmy się odrobiną raju czas było ruszyć dalej. Czekała nas niezła wspinaczka i nasze żołądki już skręcała lekka panika. Po walce z Przełęczą Llogara każde kolejne wzniesienie wywoływało wciąż to samo uczucie. Ale żadne inne nie było tak męczące, stąd też wiedzieliśmy, że damy radę. Prędzej czy później.

Po serii naprawdę długich wjazdów dotarliśmy w końcu na szczyt. To co nastąpiło później spowodowało, że poczuliśmy niesamowitą ulgę. Widok gór po przeciwległej stronie płaskiej jak stół doliny w której nieco dalej ulokowana była Gjirokastra. Świadomość, że po kilku dniach walki z samym sobą, z trudną trasą w końcu dotarliśmy do ostatniego punktu na mapie Albanii. To wszystko podziałało na nas tak, jakbyśmy wygrali coś naprawdę cennego. Ruszyliśmy w dół, ku dolinie. Z uśmiechem na twarzy i z nową siłą w mięśniach. Zrobiliśmy to, dotarliśmy do Gjirokastry.

Gjirokastra

Gjirokastra wraz z Beratem tworzą jedyne na mapie Albanii miasta-muzea. Zawdzięcza to m.in. kamiennym domkom starówki, które po dziś pokryte są łupkiem. Ze względu na liczne strome uliczki (miasteczko ulokowane jest na zboczu góry) nazywane jest „Miastem Tysiąca Schodów”. My zgodzimy się z inną, zasłyszaną gdzieś nazwą – „Tysiąca Kamieni”. Po schodach w wielu miejscach nie zostało zbyt wiele. Niemal wszystkie uliczki starówki pokryte są kocimi łbami, wyślizganymi i mocno uprzykrzającymi życie osób, które mają na nogach sandały lub inne obuwie z cienką podeszwą. W 2005 roku Gjirokastrę wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Miasto słynie nie tylko z charakterystycznej zabudowy, choć nie da się ukryć, że to właśnie jej zawdzięcza swój urok. Można też tu znaleźć średniowieczną twierdzę, a raczej to co z niej dzisiaj zostało. To w niej zgromadzono zbiory broni, które wspólnie tworzą Muzeum Wojskowości. Perełką jest samolot należący do amerykańskiej armii. Jest to podobno jedyna maszyna należąca do USA, jaką albańskie wojsko zdołało sprowadzić na ziemię. Pomimo licznych prób odzyskania samolotu, rząd Albański zatrzymał go i dziś Albańczycy zdają się mówić tym samym: „Wiesz co robi ten samolot? Odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest uziemiony samolot i pokazuje skalę naszych możliwości. Ty wiesz, co my robimy tym samolotem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas zestrzelone i to nie jest nasze ostatnie słowo”. Przynajmniej tak nam się wydaje.

W 1417 roku miasto zdobyli Turcy, szybko przekształcili zamek w ogromną fortecę, która stała się miejscem stacjonowania garnizonu pilnującego osmańskich interesów na tych ziemiach. Prawie 400 lat później, twierdzę przejął Ali Pasza, który zrobił z niej swą rezydencję, a także dobudował potężne piwnice, które służyły za magazyny wojskowe. Gdy nadeszły czasy panowania króla Zoga, a także za kadencji Envera Hodży, twierdza była więzieniem politycznym.

Prócz ruin i Muzeum Wojskowości można przyjrzeć się tutaj również wieży zegarowej, które góruje nad miastem i której tarczę widać chyba z niemal każdej części Gjirokastry. Warto również zajść do Skenduli House czy Muzeum Etnograficznego. Jedne i drugie wnętrza są do siebie podobne, więc jeśli szkoda Wam czasu, możecie wybrać któreś z nich. W środku znajdziecie zrekonstruowane pomieszczenia dawnego domu mieszkalnego. Jeśli chcecie wczuć się w życie Albańczyków – warto.

Podobno w mieście można zobaczyć również akwedukt. Niestety, kilka prób dojścia do niego zakończyło się fiaskiem, co skutecznie nas zniechęciło. Później dowiedzieliśmy się, że nie tylko my mieliśmy z tym problem. Brak jakichkolwiek wskazówek dla turystów może mieć tutaj ogromne znaczenie. Zanim więc postanowicie spróbować własnych sił, proponujemy zaopatrzyć się albo w ogromne pokłady cierpliwości albo wypytać wtajemniczonych o drogę.

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że zatrzymaliśmy się najpierw w Guest House CFAKA.LATE a później przenieśliśmy się do Guest House Garden. Ten pierwszy obiekt oferuje nocleg w jednym z najlepszych miejsc na mapie miasta, z widokiem na dolinę, góry po jej przeciwległej stronie i oczywiście na starówkę z twierdzą i wieżą zegarową. Właściciele są bardzo pomocni, choć dogadanie się ze starszą jej częścią bywa kłopotliwe. Gdyby nie fakt, że ktoś sprzątnął nam pokój sprzed nosa na Booking.com i nie dało się wynegocjować przedłużenia pobytu, zostalibyśmy na dłużej.
By nie jechać od razu po zwiedzeniu miasta w stronę granicy z Grecją postanowiliśmy zatrzymać się w innym guest housie. Guest House Garden położony jest nieco bliżej głównej arterii Gjirokastry, ale kompletnie nie wpływa to na spokój miejsca. Na dodatek właściciele stają na głowie, by pobyt u nich był jak najprzyjemniejszy i kojarzony z rodzinną atmosferą. Nie zdenerwował nas nawet fakt, że normalna klimatyzacja, która skusiła nas podczas wybierania miejsca na nocleg, nie była jeszcze zamontowana. Wraz z właścicielami skręciliśmy przenośne urządzenie, które powinno chłodzić nasze pomieszczenie. Niestety, nijak nie dało się wytłumaczyć im, że dołączone do maszyny pojemniki na wodę należy zalać i zamrozić nim włoży się do klimatyzatora. W efekcie powietrze zamiast chłodzić się mieliło się w kółko. Ostatecznie postanowiliśmy otworzyć okno by wpuścić trochę świeżości.

Za kolejny cel na naszej trasie wybraliśmy Janinę, turystyczną miejscowość, położoną około 60 km od granicy. Przekraczając granicę mieliśmy tym samym rozpocząć półoficjalny półmetek wyprawy. Docieraliśmy do Grecji.

Mamy nadzieję, że ta część relacji z wyprawy rowerowej Ekstra13 spodobała się Wam. Zachęcamy do podzielenia się swoimi wrażeniami z podróży po Albanii lub jakimkolwiek innym zakątku Bałkanów. Zaproście również swoich znajomych do przeczytania. Być może nasza podróż, choć miejscami niezbyt beztroska i wakacyjna, skusi ich do wybrania tego kraju za cel swojego urlopu lub dłuższej podróży.

Pamiętajcie by odwiedzić nasz fanpage na Facebooku, Instagramie czy Twitterze. Z nich dowiecie się co aktualnie porabiamy, jakie mamy plany na kolejne podróże i sprawdzicie czy nasze porady przydadzą się Wam podczas Waszych przygód? Zachęcamy do kliknięcia „Lubię to!” lub „Obserwuj” by nie przegapić kolejnych artykułów, a w szczególności relacji z podróży.

Zapraszamy również do wspierania kolejnych EkstraMisji na platformie Patronite. Wejdźcie i sprawdźcie jakie nagrody czekają naszych Patronów. Z góry dziękujemy!

Obserwuj mnie na:
Follow by Email
Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Instagram