Pierwsze wrażenie związane z Albanią? Po kilku przejechanych jej drogami kilometrach doszliśmy do wniosku, że jest to bardzo intensywny kraj. Przynajmniej z poziomu roweru. Intensywny ruch samochodowy z dużą ilością nadużyć klaksonów. Intensywny zapach porozrzucanych wszędzie śmieci. I intensywny jest też wszędobylski kicz.

Jednakże pomimo tej intensywności można polubić Albanię niemal natychmiast. Ludzie są tutaj uśmiechnięci. Niejednokrotnie witali nas z niemal dziecięcą ekscytacją, pokrzykując coś, kiedy nas zauważali. Po pewnym czasie zaczęliśmy się do tego przyzwyczajać i z równą radością odwzajemniać przyjacielskość.

Mało europejski kraj

Odmienność kraju pod względem otwartości, pewnej dozy szczerości w kontakcie z drugim człowiekiem oraz kompletnie wywrócone na drugą stronę przepisy do których nikt się nie stosuje (a przynajmniej nie w dużym stopniu), kazało nam przypuszczać, że pomimo nieprzerwanej podróży przez Europę nie wiedzieć kiedy przenieśliśmy się na zupełnie inny kontynent. Ruch drogowy w Albanii odbywa się na zasadzie „Kto pierwszy ten lepszy.”
Ekspedientki w sklepach uczą się dopiero obsługi terminali płatniczych do kart. Swoją drogą jeśli takowe urządzenie w sklepie, jest to szczyt luksusu i nowoczesności. Przyzwyczajeni do płacenia w większości kartą, mieliśmy nie lada problem ze znalezieniem miejsca gdzie coś możemy kupić. A jeśli już nam się to udało, zawsze sprawdzaliśmy kilka razy czy sprzedawca dobrze wpisał należną kwotę, a przy pierwszej okazji gdy łapaliśmy wi-fi upewnialiśmy się, czy z kont nie zeszła zbyt duża kwota.
Szczytem technologii jest w Albanii także dziura w ziemi zamiast – jak w „cywilizowanej” Europie – muszla klozetowa. Nawet wchodząc do porządnie wyglądającej restauracji próżno szukać w niej toalety na której możemy spokojnie przysiąść. Po jakimś czasie zaczęliśmy nawet nie zwracać uwagi na brak muszli. Zadziwiające jak człowiekowi niewiele potrzeba do szczęścia.

Zastanawialiśmy się niejednokrotnie, czy Albania powinna wejść w skład Unii Europejskiej. Nie jesteśmy pewni jak Albańczycy zareagowaliby na tak drastyczne zmiany w ich sposobie życia czy nawykach. Restrykcyjne prawo czy wymogi wymusiłyby na mieszkańcach kompletne przeorganizowanie się. Ale czy ten „dziki kraj” tego potrzebuje?

Jesteś w Albanii – zmień tok myślenia!

Jazda drogami albańskimi daje niepowtarzalną okazję do szybkiej jazdy. Mając na plecach sznur samochodów, które mijały nas na tzw. kartkę papieru, znaleźliśmy motywację do wrzucenia wyższego biegu. Dystanse, które do tej pory pokonywaliśmy w już wyćwiczonym niemal czasie, teraz robiliśmy znacznie krócej. I trzeba przyznać, że nie odczuwaliśmy aż tak mocno tej prędkości oraz zbyt dużego zmęczenia, które niewątpliwie powinno się pojawić po przyśpieszeniu. Niestety, kiedy próbowaliśmy przyśpieszać na pustych, bocznych drogach ta motywacja gdzieś znikała i po kilku chwilach dostawaliśmy zwyczajnie zadyszki. Być może właśnie ten brak adrenaliny i spadek możliwości organizmu pchnął nas wreszcie ku szerokim pasmom autostrady?

Nie, spokojnie, nie jesteśmy aż tak szaleni, by wystawiać się na takie niebezpieczne sytuacje z premedytacją. Zwyczajnie, kiedy po kilkunastu kilometrach trafiliśmy na znak informujący, że oto droga zmienia się momentalnie w ekspresówkę musieliśmy zacząć improwizować.
Szczęście w nieszczęściu, że nieopodal stał radiowóz czegoś podobnego do drogówki. Dwóch mężczyzn ubranych trochę po cywilnemu a trochę w mundur najpewniej robiło sobie przerwę. Postanowiliśmy zapytać, czy drogą – dosyć szeroką i w tym momencie jeszcze mało ruchliwą – można w ogóle jakoś przejechać na rowerze. Odcinek 14 km o wiele bardziej nastrajał optymizmem, niż perspektywa wrócenia do rozjazdu i przejechania dystansu niemal dwukrotnie dłuższego naokoło.
Ku naszemu zdumieniu funkcjonariusze w ogóle nie potraktowali naszego pytania głupio. Od razu zaczęli udzielać instrukcji jak mamy się poruszać na rowerach by nie przeszkadzać innym kierowcom. Okazało się, że droga ekspresowa ma co prawda dwa pasy, ale posiada jeszcze jeden, wystarczająco szeroki awaryjny. Finalnie jadąc nim byliśmy tak bardzo oddaleni od innych uczestników ruchu, że niemal czuliśmy jakbyśmy mieli swój osobny skrawek drogi na wyłączność. Kilkukrotnie minęły nas radiowozy wywołując lekką palpitację serca, że oto nasze skrócenie jazdy będzie nas kosztowało o wiele więcej, niż stracilibyśmy na ewentualnych postojach na alternatywnym, dłuższym odcinku.

Kiedy odzyskaliśmy wiarę, że jednak policja nie ma zamiaru się nami przejmować, zaczęliśmy wyobrażać sobie miny pracowników bramek na których pobierają opłatę za przejazd. Widok dwojga rowerzystów objuczonych jak osiołki, podjeżdżających do okienka i uiszczających jakąś wyimaginowaną kwotę? To musiałoby zapaść w pamięci.
Nic takiego jednak się nam nie przytrafiło. Ekspresówka skończyła się dosyć sporym rondem, które łączyło ją z innymi, podrzędnymi. I znów w pełni legalnie jechaliśmy do swojego celu. Jak się okazało, Albania przyszykowała nam jeszcze kilka takich niespodzianek na trasie.

Czy szkoda nie zobaczyć Szkodrej?

Niedługo po naszym przekroczeniu granicy dojechaliśmy do miejscowości Szkodra. Mieszczą się w niej ruiny zamku weneckiego Rozafat na terenie którego urządzono park archeologiczny. Kompleks góruje nad miasteczkiem, a z pozostałych po dawnej osadzie murów można oglądać Skodarsko Jezero – będący głównym elementem krajobrazu czarnogórsko-albańskiego parku narodowego o tej samej nazwie.

Wjazd z rowerami na parking przy wejściu na Rozafat nie jest łatwy, ale za to widok wynagradza trud. My, by móc zwiedzić kompleks, postanowiliśmy się rozdzielić. Bądź co bądź na miejscu nie ma możliwości wprowadzenia rowerów na teren dawnej twierdzy, a pozostawienie dobytku na łaskę i niełaskę obsługi kasy biletowej polecamy tylko tym o mocnych nerwach. Takie dwa razy dłuższe zwiedzanie pozwoliło jednak chwilę odetchnąć przed dalszą podróżą.

A zamek? Osobiście nie uważamy tych ruin za coś co trzeba koniecznie zobaczyć. O wiele bardziej polecamy przyjazd tutaj by móc spojrzeć na wspomniany wyżej fragment parku narodowego i otwierającą się pod górą taflę jeziora.
Według informacji w przewodnikach, Szkodra to jeden z największych ośrodków gospodarczych i kulturowych. Dla nas była tak naprawdę tylko przystankiem i pierwszą większą miejscowością albańską na trasie. To tutaj mieliśmy pierwszą styczność z większym ruchem, hałasem i zwiększoną ilością tubylców. Jednak spędziliśmy w Szkodrej zbyt mało czasu, by jakoś szczególnie się nad nią rozczulać. Planowaliśmy wszak zrobić nieco więcej kilometrów, a miasto to byłoby stanowczo zbyt blisko od miejsca startu. Wyjechaliśmy dalej.

Nocleg na kąpielisku

Nocleg wypatrzyliśmy w oddalonej o 40 km miejscowości Shëngjin. Camping mieścił się na kąpielisku Riviera i kosztował dosyć sporo bo aż 10 Euro. Miejsca pod namioty było niewiele. Widać, że właściciel bardziej skupia się na zmotoryzowanych podróżnikach, ponieważ dużą część terenu stanowi betonowy parking. My byliśmy tam pod koniec czerwca, więc sezon teoretycznie jeszcze się nie zaczął. Toteż trafiliśmy na całkiem małe towarzystwo: parę motocyklistów i grupę kierowców samochodów offroadowych, których trzy piękne terenówki dźgały nas w oczy i powodowały ślinotok.

Durres

Kolejny dzień postanowiliśmy przeznaczyć na dojazd do Durres – drugiego po Tiranie największego miasta Albanii. Do samej stolicy postanowiliśmy nie dojeżdżać i na jej zwiedzanie poświęcić inny wyjazd. Zresztą zauważyliśmy, że dojazd do Beratu z Tiranu mógłby przysporzyć nam nieco problemów ze względu na spore przewyższenia i konieczność nadkładania drogi. Z Durres droga wydała się nam zdecydowanie łatwiejsza.
Pod koniec dnia, kiedy zaczęliśmy nieco słabnąć i nadszedł czas by wymyślić gdzie zatrzymamy się na noc, trafiliśmy w końcu do Durres. Miasto to jest jednym z najstarszych na mapie Albanii i drugim pod względem liczby ludności. Dodatkowo to w Durres mieści się główny port kraju, skąd wypłynąć można choćby do Bari, Ancony czy Brindisi.

My postanowiliśmy nie zostawać w nim na noc. Interesował nas jedynie amfiteatr. Największy na Bałkanach, w czasach świetności zapewniający miejsce dla około 15 000 widzów. Ruiny datowane są na II w. a budowę kompleksu zlecił cesarz Trajan. Kiedy zakazano walk gladiatorów, w V w. pod trybunami stworzono kaplicę, a na arenie – cmentarz.

W Durres można również zobaczyć m.in. termy rzymskie, także z II w., forum z V w. czy Wielki Meczet, wybudowany w 1994 r. na miejscu wcześniejszego, zburzonego w 1967 r.. Wenecką wieżę mieszczącą się w porcie trudno przeoczyć. Mieści się tuż przy jednej z głównych dróg i nadmorskiej promenadzie. Od niej biegnie najlepiej zachowany fragment murów obronnych, których krótsze lub dłuższe odcinki można oglądać spacerując po mieście.
Trochę żałujemy, że nie zostaliśmy w Durres nieco dłużej. Niemniej mieliśmy w planach dotarcie do wypatrzonego na nocleg miejsca.

„Niebezpieczna” Albania

Po wyjeździe z Durres przejechaliśmy jeszcze około 20 km nim dotarliśmy do… hotelo-campingu „Mali i Robit”. W tym dniu na liczniku pojawiła się liczba ponad 90 km, a dodatkowo nadmorska droga pokonywana przez nas już po ciemku (nie licząc oczywiście pojawiających się raz po raz latarń) wyciągnęła z nas sporo sił. Musieliśmy uważać na wyłaniające się z ciemności otwory studzienek kanalizacyjnych.
Czytaliśmy o nich, ale sądziliśmy, że są to przesadzone relacje innych podróżników, którzy raz czy dwa razy spotkali się z brakiem osłon i postanowili przypiąć do Albanii łatkę niebezpiecznego pod tym względem kraju. Okazało się, że na odcinku 20 km potrafi takich odkrytych studzienek być naprawdę dużo. Paradoksalnie dobrze jest, gdy wyrastają z nich jakieś krzaki lub trawa. Wtedy wiadomym jest, że raczej ominiemy dziurę – nikt o zdrowych zmysłach nie wjeżdża w takie rzeczy z premedytacją. Ale gdy takie „ostrzegawcze” elementy nie pojawiają się w świetle lampek rowerowych, sprawa się komplikuje. Niejednokrotnie przejechaliśmy tuż obok otworu, dowiadując się o tym fakcie tylko dlatego, że cień na drodze był jakby bardziej czarny.
Niestety, nie mogliśmy również zbyt mocno oddalać się od pobocza, gdyż jechaliśmy – może niezbyt już ruchliwą – ale wciąż główną, nadmorską, dwupasmową drogą na której raz po raz pojawiali się Albańczycy lubiący przycisnąć gaz do dechy. Szczęście, że podobnie jak ekspresówki, tak i ten odcinek zmotywował nas do szybszej jazdy.

Po kilku chwilach byliśmy już pod upatrzonym campingiem, będącym jednocześnie hotelem z racji obecności wielopiętrowego budynku z pokojami do wynajęcia. Okazało się, że byliśmy jedynymi gośćmi na niewielkim, zadrzewionym terenie hotelo-cempingu „Mali i Robit”. Czym prędzej rozliczyliśmy się z jego właścicielem i rozbiliśmy obóz. Byliśmy wykończeni.

Miasto Tysiąca Okien

Kolejnego dnia obraliśmy za cel miasteczko położone nieco wgłąb kraju. Berat – bo o nim tutaj mowa – jest jednym z trzech wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO miast. Mieści się nad rzeką Osum i liczy około 45 tys. mieszkańców. Pomimo tego, że jest jednym z głównych ośrodków kulturalnych i turystycznych, my nie zaznaliśmy zbytniego tłoku. Być może ze względu na porę (przełom czerwca i lipca) miasteczko zdawało się nawet trochę pustawe. Oczywiście nie licząc głównego deptaku, drogi SH72 i ruin twierdzy na wzgórzu. Wchodząc w jedną z bocznych uliczek można bardzo szybko zapomnieć, że jest się w jednym z najbardziej znanych miast Albanii.

Ze względu na usytuowanie starszej części miasta na dwóch zboczach gór oddzielonych rzeką i piętrowe ustawienie domów, ma się wrażenie, że okien jest tysiące. Stąd też wzięła się druga nazwa Beratu. Sam „Berat” to efekt zmian fonetycznych, które zachodziły od czasów podboju miasta przez wojska bułgarskie, które nadały mu nazwę Beligrad (Białe Miasto). I coś w tym jest. Piękna, starodawna zabudowa pokryta białą farbą przywodzi na myśl Minas Tirith z Władcy Pierścieni. Oczywiście albańskiemu jego odpowiednikowi daleko do miasta-twierdzy z powieści Tolkiena – jest to tylko skojarzenie.

Będąc w Mieście Tysiąca Okien warto wspiąć się na Zamek Berat. Dzisiaj na terenie tej bizantyjskiej twierdzy mieszczą się kawiarenki, hotele i budynki mieszkalne. Ale to co szczególnie zachwyca, to oczywiście widok na okolicę. Przekraczając bramę wjazdową i mijając ruiny Białego Meczetu można wspiąć się na mury grodu i spojrzeć na Berat oraz przecinającą go rzekę. Nawet stąd białe budynki starej części miasta robią wrażenie. Dochodząc do Acropolis wychodzi się na dosyć sporą, otwartą przestrzeń. Wszystko otaczają pozostałości fortyfikacji i budynków.

Zamek to jednak nie tylko mury i acropolis. Spacerując wąskimi uliczkami można trafić na sporo cerkwi, których łączna liczba stanowiła niegdyś około 20 budynków sakralnych.
Na terenie twierdzy mieści się również coś na kształt muzeum. Niewielka ekspozycja kryjąca się w katedrze pw. Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny prezentuje ikony i freski XVI wiecznego mistrza Onufrego.

Dobrym pomysłem jest wybranie się na główny deptak Beratu po zachodzie słońca. Budynki starego miasta są wtedy oświetlone. Całość jest tak ładna, że trudno przejść obok obojętnie. Szczególnie ładny widok roztacza się z mostu Gorica. Jest on jednym z najbardziej charakterystycznych zabytków Beratu. Pierwotnie przeprawa była drewniana. W 1780 roku most został przebudowany na kamienny. Ma on 130 metrów długości i 5 szerokości. Przez samych mieszkańców jest uważany za symbol ich miasta

Pewną zagadką dla nas jest budynek Uniwersytetu Albańskiego. Mieści się nieopodal Bulwaru Republiki i Ratusza. Ogromy obiekt widoczny jest z daleka. W naszej opinii niezbyt pasuje do okolicy i starodawnego charakteru miasteczka. Przywodzi na myśl Biały Dom w USA.
Według jednego z mieszkańców Beratu wzniesienie budowli kosztowało bilion. Niestety, mężczyzna, który postanowił się z nami podzielić tą informacją był lekko nietrzeźwy i nie zdołaliśmy wyciągnąć od niego tego, czy ma na myśli bilion dolarów czy leków?

Postanowiliśmy w Beracie zostać na dwie noce. Spodobał się nam spokój jaki tam panował. Co prawda nocleg w Hotelu Agreno był stanowczo za drogi jak za to co oferował (14 Euro), ale perspektywa odpoczynku po istnym maratonie, który sobie zafundowaliśmy dała górę. Przed przyjazdem do Beratu pobijaliśmy kolejne osobiste rekordy robiąc codziennie po 80, 85 czy 90 km. Dodatkowo na liczniku mieliśmy około 2900 km dystansu ogólnego. Odpoczynek się nam po prostu należał.

Trudny wybór

Będąc jeszcze w Beracie zastanawialiśmy się nad dalszą drogą. Siedząc w jednej z polecanych hotelowych restauracji spostrzegliśmy na ścianie mapę topograficzną Albanii. Mieliśmy trzy możliwości jeśli chodzi o dostanie się do Grecji – półmetka naszej wyprawy.

Pierwszą było cofnięcie się nieco na północ by następnie dojechać do Jeziora Ochrydzkiego położonego na granicy z Macedonią. Wiedzieliśmy, że jadąc później przez ten kraj będziemy raczej kierować się na Skopje. Jedno z najpiękniejszych jezior w tej części Bałkanów będzie nam więc nie po drodze.
Moglibyśmy wyrwać nieco Macedonii by skrócić sobie drogę do Grecji. Jednak to oznaczałoby w najlepszym wypadku konieczność przebicia się przez góry Parku Gór Tomorri gdzie przewyższenia sięgałyby ponad 1000 m. W najgorszym czekała nas jazda do Elbasan i droga SH71, którą nie wiedzieliśmy czy moglibyśmy pojechać. W przypadku niepowodzenia musielibyśmy wrócić znów tą samą drogą nad morze.

Drugą opcją było pojechanie SH74 i dostanie się do Gjirokastry (drugiego miasta UNESCO) od północy drogą SH4. Ale w ten sposób musielibyśmy albo odpuścić sobie Serandę (trzeciego miasta UNESCO) albo tak czy inaczej pokonać pasmo górskie by do niej dojechać, a następnie wrócić na „czwórkę” by dostać się na przejście graniczne z Grecją. Wydało się to nam trochę bez sensu. Dodatkowo musielibyśmy przejechać przez góry tuż za Beratem.

Postawiliśmy więc na trzecią opcję, czyli powrót nad morze przez Fier i dojazd do Wlory. Wydało się nam, że jazda wybrzeżem – skoro do tej pory nie była zbyt wymagająca – teraz również nie przysporzy nam trudności. Dodatkowo droga na mapie prezentowała się naprawdę ładnie, toteż byliśmy pełni nadziei, gdy zaczęliśmy wyjeżdżać z Beratu.

Pomysł na kolejną wyprawę?

W drodze do Wlory, gdzieś w okolicy Fier napotkaliśmy dwójkę Francuzów. Podobnie jak my byli w trakcie swojej największej podróży. Na rowerach objuczonych na wszelkie sposoby sakwami i torbami przemierzali świat zwiedzając kolejne państwa. I nie bez przyczyny piszemy tutaj „świat”. Po krótkiej rozmowie dowiedzieliśmy się, że wyruszyli z Francji i kierując się na wschód (przejeżdżali również przez Polskę) dojechali do Chin. Tam zawrócili. Kiedy spotkaliśmy ich w Albanii byli akurat w trakcie powrotu do domu. Na liczniku mieli ponad 10 000 km i byli w trasie od 16 miesięcy. Nasze niemal 3000 km i 2,5 miesiąca nagle wydało się ziarenkiem w całym worze doświadczeń i przygód jakie ta para musiała przeżyć. Z tego co widzieliśmy na ich blogu miesiąc po naszym spotkaniu zawitali we Francji.

Ich napotkanie na swojej drodze dało nam sporo do myślenia. Doszliśmy do wniosku, że dotychczasowe marzenia o zwiedzeniu Azji czas najwyższy zrealizować. Od tamtej pory państwa na wschód od granic Europy jakoś dziwnie zaczęły pobudzać naszą wyobraźnię. I co tu dużo kryć, po powrocie z tej wyprawy rowerowej postanowiliśmy wcielić plan wyjazdu do Azji w życie.

Zniszczyliśmy się…

Kiedy dotarliśmy do Wlory na liczniku widniała liczba prawie 100 km. Wynik nie byłby tak wysoki, gdybyśmy od razu zdecydowali się na wybrany nocleg. Będąc jednak niemal na miejscu zaczęliśmy rozważać, czy wydanie 17 Euro za jedną noc w jednym z hosteli nie jest zbyt dużym wydatkiem. Inne obiekty na Booking.com były jeszcze droższe, ale perspektywa jechania w nocy i szukania miejsca na rozbicie namiotu jakoś nie nastrajała nas pozytywnie. Będąc już niemal na granicy miasta, siedząc ponad godzinę na ławce nad morzem łapaliśmy coraz większego doła rozważając czy będziemy próbować noclegu na dziko. W niemal ostatniej chwili, gdy godzina ostatecznego przyjmowania gości w upatrzonym noclegu zbliżała się ku końcowi postanowiliśmy wybrać jednak wygodne łóżko i złapać nieco sił. Odległość od celu nie napawała optymizmem biorąc pod uwagę, że byliśmy psychicznie i fizycznie zmęczeni.
Szczęście, że chwilę przed zamknięciem recepcji dotarliśmy na miejsce. Miejsce okazało się całkiem fajne, nieco zaniedbane ale przytulne.

Następnego dnia, kiedy pakowaliśmy się i zgrywaliśmy na dostępnym w hostelu komputerze zdjęcia, właściciel obiektu zaczął wypytywać nas o plany na dalszą podróż. Polecał odwiedzenie kilku miejsc w okolicy. Kiedy powiedzieliśmy, że chcemy przejechać przez Przełęcz Llogara przyznał, że widok z niej jest bardzo ładny i warto go odwiedzić. Dodał, że sam kilka razy przejeżdżał przez nią i widok na trasie jest wręcz nieziemski, choć sama trasa nie należy do najłatwiejszych. Zachęceni wizją jazdy po jednej z najpiękniejszych gór Albanii jakoś przeoczyliśmy fakt, że właściciel przestrzegł nas przed ponad 1000 metrami przewyższenia. Stwierdziliśmy, że dostanie się na szczyt jednej wysokiej góry jest lepsze niż jazda przez wiele kilometrów pasma. Ruszyliśmy przed siebie.

Dzień był wyjątkowo ciepły, a nasze ciała jeszcze nie zregenerowały się po wieczornym zmęczeniu. Jednak pierwsze 15 km pokonaliśmy dosyć szybko. Krajobraz z typowego nadmorskiego i płaskiego zaczął się zmieniać. Przed nami zaczęły majaczyć grzbiety gór. Analizując mapę zaczęliśmy dochodzić do wniosku, że popełniliśmy bardzo duży błąd. Droga wyraźnie prowadziła ku chyba najwyższej górze w okolicy. Wiedzieliśmy, że na sam szczyt nie będziemy się wspinać, a przełęcz była o wiele niżej. Niemniej widok sporego grzbietu, który przed nami się malował nie pozostawiał złudzeń. Mieliśmy bardzo trudny odcinek do pokonania. To odebrało nam werwę a morale opadły. Nie było opcji, by wjechać na przełęcz w tym upale. Wybraliśmy samotne drzewo i w jego cieniu skryliśmy się. Postanowiliśmy lejący się skwar przeczekać i rozpocząć jazdę gdy temperatura nieco zelżeje.

Po dwóch godzinach postanowiliśmy spróbować swych sił. Minęliśmy miejscowość Orikum gdzie droga zaczęła nieznacznie wznosić się. W okolicy Dukat i Ri podjazdy zaczęły nieco zwiększać swą trudność. Niemniej nadal nie były zbyt trudne. Gorszy był fakt, że do tej pory na trasie było niewiele drzew, które osłaniałyby nas przed promieniami słońca, wciąż jeszcze mocno operującego.

Z radością przywitaliśmy pierwsze drzewa nieopodal granicy Parku Narodowego Llogara. Niemniej, ciągły podjazd bez ani jednej chwili zjazdu skutecznie wyciągał z nas resztki sił. Raz po raz zjeżdżaliśmy z drogi by odsapnąć nieco. Przeklinaliśmy naszą głupotę, że nie zdecydowaliśmy się na inną trasę. Mocno nadszarpnęliśmy swą psychikę. To była chyba największa walka nie tylko z trasą, ale i samym sobą, którą musieliśmy rozegrać podczas całej wyprawy Ekstra13. Wiedzieliśmy, że na noc zostaniemy w pobliżu Przełęczy Llogara. Przejazd przez nią był w tym dniu niemożliwy.

Gdy słońce powoli kryło się za horyzontem na liczniku zaczęliśmy zbliżać się do 30 km dystansu dziennego. Był to jeden z najgorszych pod względem pokonanej odległości dni. Ale zwyczajnie nie mieliśmy siły na więcej. Motywację w pokonywaniu kolejnych kilometrów znaleźliśmy w fakcie, że byliśmy bardzo blisko przekroczenia 3000 km. Chcieliśmy ją osiągnąć w tym dniu.
Pomimo kompletnego wypalenia, drżenia mięśni i ze łzami w oczach wdrapywaliśmy się coraz wyżej, patrząc jak licznik wskazuje kolejno: 2995, 2996, 2997 km. Trzy ostatnie kilometry pokonywaliśmy raz po raz schodząc z roweru i pchając go pod górę. Wydawałoby się, że minęła ponad godzina, gdy wreszcie zobaczyliśmy upragnioną liczbę. Byliśmy szczęśliwi, ale niemożliwie zmęczeni. Pragnęliśmy tylko rozłożyć namiot i zasnąć. Nim jednak znaleźliśmy odpowiednie na obóz miejsce, wdrapaliśmy się jeszcze kilkanaście metrów pod górę. Ostatecznie rozbiliśmy się około 4,5 km od szczytu. I zasnęliśmy.

Przełęcz Llogara

Następny dzień przywitaliśmy stosunkowo wcześnie. Gdyby od nas to zależało, to spalibyśmy zapewne do 12.00 albo i dłużej. Niestety, samochody podjeżdżające pod i zjeżdżające z przełęczy Llogara tworzyły hałaśliwy sznur, który i tak nie dałby nam dłużej się wylegiwać.
Złożyliśmy obóz i rozpoczęliśmy mozolną wspinaczkę pod górę.

Niedaleko miejsca gdzie spaliśmy swą granicę miał Park Narodowy Llogara. Domyśliliśmy się, że skoro pokonanie 20 km od poziomu morza w miejscowości Orikum nie było proste, ostatnie niemal 5 km również do najłatwiejszych nie będzie należało. Zresztą już po kilkuset metrach droga zaczęła serpentynami piąć się ku górze i odnosiliśmy wrażenie, że projektanci tej trasy za wszelką cenę chcieli dostać się na przełęcz możliwie jak najbardziej stromą stroną zbocza.

Zatrzymaliśmy się na moment w przydrożnej restauracji Sorkadhja. Poprzedniego wieczora niewiele zjedliśmy, a i tak uszczupliliśmy nasze zapasy. Przewidywaliśmy, że uda się nam znaleźć jakiś sklep na trasie i co najważniejsze, pokonać grzbiet góry Cika poprzedniego wieczora. Kiedy ta nas pokonała, musieliśmy się poratować jako-takimi półproduktami zostawionymi na czarną godzinę.
Kawa i jajecznica dodały nam odrobinę energii i po chwili wytchnienia ruszyliśmy dalej.

Okazało się, że niecałe 300 metrów dalej rozpoczyna się wioska turystyczna z hotelami, restauracjami i punktami obsługi odwiedzających. Zastanawialiśmy się, czy dalibyśmy radę poprzedniego dnia zajechać te dwa kilometry dalej by znaleźć się w jednym z obiektów i zdrzemnąć się w wygodnym łóżku. Stwierdziliśmy, że nie było takiej opcji. Poza tym pobudka z widokiem na morze tylko dla siebie i to za friko zawsze wygra z nawet pięciogwiazdkowym hotelem. Taki jest urok spania pod chmurką.

Po serii koszmarnych serpentyn wijących się ostro w górę zaczęliśmy powoli wyjeżdżać na otwartą przestrzeń Przełęczy Llogara. Przed nami co prawda widzieliśmy jeszcze niewielki podjazd przy restauracji Panorama, ale nie był on już tak straszny, kiedy pokonaliśmy ich już tak wiele i to o wiele ostrzejszych.
Odpoczęliśmy w pustostanie jakiegoś hotelu lub restauracji. Gdyby właścicielowi udałoby się go ukończyć miałby nieziemski widok na okolicę i morze. Poniżej widzieliśmy słynną serpentynę góry Cira. Co prawda nie jest tak spektakularna jak ta w okolicy Przełęczy Stelvio we Włoszech, ale mimo wszystko robi wrażenie. Już nie mogliśmy się doczekać zjazdu nią.

Zjeżdżając na objuczonym rowerze należy zachować szczególną ostrożność. Nie dość, że rowerzysta bardzo szybko rozpędza się na pochylonej drodze, to jeszcze nie każdy kierowca ciężarówki lub samochodu jest w stanie wytrzymać fakt, że ktoś na dwóch kółkach jedzie przed nim. Co prawda w większości przypadków samochody zwalniały gdy byliśmy przed nimi i czekały aż damy znać, że mogą przejechać. Mimo wszystko jazda przy większej prędkości i z warkotem pojazdu za sobą nie należy do najbardziej spokojnych. Kilkudziesięciokilogramowe rowery bardzo trudno się zatrzymuje, szczególnie gdy klocki hamulcowe nie należą do najświeższych. Niemniej daliśmy radę rozpędzać się czasami do ponad 40 km/h i wyrabiać na zakrętach.

Na puncie widokowym Llogara było niesamowicie tłoczno. Co rusz ktoś podjeżdżał by chwilę popatrzeć na morze i cyknąć zdjęcie. Stąd też startują paralotniarze. Niesamowicie zjeżdża się czując te 30-45 km/h i wiatr we na twarzy, a przy okazji widzi się paralotnię szybującą ku dołowi. Z pewnością tego widoku nie zapomnimy.

Piekarnia „Barba Niko” w miejscowości Kondraq była dla nas zbawieniem i nagrodą. Napełniliśmy swe wygłodniałe żołądki i poczuliśmy, że oto najgorsze mamy za sobą. Do Sarandy zostało jakieś 70 km. I nawet fakt, że wiedzieliśmy iż do niej tego dnia nie zdołamy dojechać, to czuliśmy niebywałe szczęście. Postanowiliśmy jak najszybciej dotrzeć na jakiś kemping i odpocząć. To okazało się nie tak łatwe jak przypuszczaliśmy.

Na tym zakończymy już i tak obszerną relację. Zapraszamy do śledzenia EkstraMisji na Facebooku, Instagramie i Twitterze by nie przegapić dalszego ciągu. Dajcie znać, czy pojechalibyście do Albanii na rowerach mając nasze doświadczenie? Zachęcamy do dzielenia się opiniami na temat naszej trasy i własnych przeżyć z Albanii. Byliście w tym kraju? Odwiedziliście Albanię na rowerach? Napiszcie o tym w komentarzu.

Przypominamy, że jesteśmy w trakcie przygotowań do kolejnej podróży. Jeśli chcecie nas wesprzeć, wejdźcie na nasz profil na Patronite by poznać szczegóły. Z góry dziękujemy za wsparcie!

Obserwuj mnie na:
Follow by Email
Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Instagram