Przekroczyliśmy własne granice

Nawet nie wiemy jak to się stało, ale kolejnego dnia obudziliśmy się o 10.00. I wreszcie byliśmy wypoczęci. Najwyraźniej organizmy stwierdziły, że potrzebują regeneracji po ostatnim maratonie. Bez większego spinania się opuściliśmy kemping półtorej godziny później. Do Dubrovnika zostało jedynie 15 czy 20 km. Nie było więc sensu, by niepotrzebnie śpieszyć się z wyjazdem.
Dubrovnik, jako że jego starówka jest na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO, nie mógł być przez Nas pominięty. Traf chciał, że właśnie w dniu przyjazdu do tego miasta wypadła nam także miesięcznica wyjazdu. Od równo dwóch miesięcy byliśmy w podróży.  Był to dla nas osobisty rekord. Nigdy wcześniej nie spędziliśmy w podróży tak długiego okresu czasu. A kolejne tygodnie czekały by je odhaczyć. Zmierzając do murów Starego Miasta zaliczyliśmy również kolejną setkę. Brakowało tylko kilkudziesięciu kilometrów i rekord odległościowy sprzed roku zostanie pobity.

Miasto Gry o Tron

Dubrovnik jest obecnie jednym z najchętniej wybieranych miejsc w Chorwacji. Każdego roku miasto odwiedzają miliony turystów. I wbrew pozorom nie przybywają tutaj dla plaż. Jest ich stosunkowo niewiele. Bardziej przyciąga ich nietuzinkowa architektura i życie nocne. Odwiedzenie Dubrovnika stawiają sobie za cel miłośnicy serii Gra o Tron. To tutaj bowiem nakręcono wiele scen do tego słynnego serialu. I lokalni handlarze chętnie korzystają z tego dodatkowego atrybutu. Witryny sklepowe co rusz przedstawiają figurki smoków, podobizny postaci – Jon Snow, Carsei Lannister. 

Zatoka Kotorska

Z Dubrovnika udaliśmy się w kierunku granicy z Czarnogórą. Za cel obraliśmy sobie Zatokę Kotorską. Po przekroczeniu granicy pogoda gwałtownie się zmieniła. Ścigaliśmy się z deszczem i burzą by w miarę susi dojechać do miejsca gdzie zatrzymamy się na noc. Znaleźliśmy kemping w Đenovići za 7€. Żal było nie skorzystać biorąc pod uwagę, że spaliśmy niemal nad samą zatoką.

Kolejny dzień przywitał nas nieznośnym upałem. Jednak perspektywa jazdy wzdłuż brzegu i z pięknymi widokami na przeciwną stronę Zatoki nastrajała Nas pozytywnie. Dodatkowo trasa była dosyć płaska co po dwóch miesiącach w trasie ma już bardzo duże znaczenie.

Zatoka Kotorska to najdroższa część Czarnogóry. Im dalej na południe i im bliżej Albanii tym taniej. Podobno północna cześć kraju jest szczególnie lubiana przez naszych rodaków. I faktycznie, zaobserwowaliśmy (i usłyszeliśmy) wielu Polaków. Zresztą oni nas również z radością witali. Cóż, nie jechaliśmy incognito od dłuższego czasu – na granicy udało się nam stworzyć coś na kształt naszej biało-czerwonej flagi. Dzięki temu wskaźnik trąbienia z polskich samochodów oraz wołania „Patrzcie, to Polacy!” wzrósł gwałtownie.

Pęknięta dętka. Znowu…

Obraliśmy sobie za cel Kotor. Chcieliśmy zobaczyć tamtejsze ruiny warowni położonej na stromym zboczu. Traf chciał, że kilka kilometrów przed celem dętka w jednym z kół strzeliła. Z powodu braku stacji benzynowych na tej drodze (prócz małych prywatnych stacyjek nie posiadających kompresora) musieliśmy jakoś dojechać na śladowych ilościach powietrza wygenerowanych przez wątpliwej już jakości pompkę rowerową. Dopiero bliżej Kotoru udało się znaleźć kompresor, który zdołał nieco dopompować oponę. Jednak o kupnie zapasowej dętki nie było co marzyć. Patrząc na wielkość miasteczek oraz widoczne ukierunkowanie sklepów na podstawowe potrzeby standardowego turysty i znikomą ilość rowerzystów na trasie, dobrze zaopatrzonych punktów rowerowych próżno było szukać.

Kotor

Po dojechaniu do Kotoru znaleźliśmy w miarę tani nocleg w Guest House Sandra, który podobno posiada najlepszy widok na zatokę – przynajmniej tak głosi hasło do Wi-Fi;)
Drugiego dnia pobytu (zostaliśmy na trzy noce) dojechała trójka Polaków – młodych duchem, którzy samochodem – Citroënem Berlingo zapakowanym po dach przemierzali Czarnogórę nie posiadając ścisłego planu swojej podróży. Pomimo różnicy wieku czuliśmy, że dosyć sporo nas łączy. Bardzo przyjemnie się nam rozmawiało. Do tego stopnia, że wyjechaliśmy dopiero następnego dnia po 13.00. Nim jednak ruszyliśmy, zlepiliśmy dziurawe dętki. Musieliśmy zwiększyć ich zapas, jeśli chcieliśmy gdziekolwiek dojechać.

Wzdłuż wybrzeża

Chcąc nie chcąc musieliśmy jednak wyruszyć w dalszą drogę. Późna pora wyjazdu nie przeszkodziła nam dojechać do Budvy, a następnie do Sveti Stefan.
To pierwsze to spokojna zabytkowa zabudowa granicząca z dosyć mocno turystyczną częścią miasteczka, która nas zauroczyła. Odpoczywając w cieniu wsłuchiwaliśmy się w muzyk, którą uliczny grajek fundował raz po raz zmieniającym się turystom.


Sveti Stefan okazał się zamkniętą wyspą dostępna dla gości hotelowych i restauracji. Chmara ochroniarzy czuwała nad każdym naszym krokiem i pilnowała byśmy mostu na wyspę nie przekroczyli. A mieli z nami dodatkowy problem, gdy w drodze na nią strzeliła opona. Dwójka z nich co chwila podchodziła by spytać jak długo jeszcze zajmie naprawa. Irytujace. Jakby nasza obecność na drodze dojazdowej stanowiła wyjątkową przeszkodę dla bogatych mieszkańców. 
Ponownie na resztkach powietrza dotarliśmy do stacji gdzie dopompowaliśmy brak. Po drodze, w miejscowości Buljarica spotkaliśmy parę Polaków, którzy powiedzieli że niedaleko znajduje się tani kemping, z którego skorzystaliśmy bez wahania. Byliśmy już nieco zmęczeni i chętnie skorzystaliśmy z bliskości noclegu.

Wichura

Noc okazała się mocno burzliwa. Niemal dwie godziny deszczu i gromów nadwyrężało nasz namiot. Z kolei później zaczął się huraganowy wiatr. I wiał tak do wczesnych godzin porannych. Rankiem zastanawialiśmy się czy jechać dalej. Postanowiliśmy spróbować. Kilka kilometrów dalej łatka w oponie puściła. To było dla nas za wiele. Po naprawie postanowiliśmy znaleźć kemping. Jazda w silnym wietrze była niemożliwa, ponieważ raz po raz spychało nas na pobocze. No i jazda z wątpliwie naprawiony kołem też nie napawała optymizmem.

Weekend w Barze

Jakimś cudem dotarliśmy do Baru. Odpoczęliśmy na plaży i wyznaczyliśmy drogę na kemping. Wybraliśmy Olive Garden ze względu na podobno cudowny klimat miejsca. Widok z niego okazał się nieziemski. Otaczające nas drzewka oliwne i surowe szczyty gór to niezwykły krajobraz. Nie było tanio, jednak możliwość spędzenia czasu w takich okolicznościach przyrody po nieprzespanej nocy nie napawała nas chęcią do jazdy.

Bar od Starego Baru, gdzie mieścił się nasz kemping różni się niewątpliwie spokojem. My mieszkaliśmy niemal na samym końcu miasteczka, gdzie dojeżdżali nieliczni. Sam podjazd pod górę stanowił nie lada wyczyn dla naszych zmęczonych nóg. A że postanowiliśmy zostać w Olive Garden na więcej niż jedną noc, musieliśmy się pogodzić z faktem pokonywania męczącej drogi to w jedną to w drugą stronę. Niemniej, pozostawienie rowerów i przestawienie się na tryb pieszy było bardzo dobrym pomysłem. Wreszcie nasze ciała mogły przybrać nieco bardziej proste pozycje, a nogi rozchodzić się i pozbyć skurczy, jakie nabawiły się w czasie długich godzin spędzonych na dwóch kółkach.

Wędrówka w górę i dół

Z racji znacznej odległości kempingu od plaży , postanowiliśmy darować sobie wyprawy i wylegiwanie się plackiem na piasku. Jak to my, postanowiliśmy zmęczenie… wychodzić. Za cel obraliśmy sobie fortecę Stari Bar ulokowaną na szczycie niewielkiego wzniesienia na przeciwległym zboczu góry. Brak internetu w telefonie, a co za tym idzie niemożność wyznaczenia trasy do twierdzy, a także nieznajomość topografii miasteczka zmieniliśmy w zaletę. Mogliśmy wreszcie pobudzić szare komórki do myślenia i spróbować dotrzeć do celu bez pomocy mapy, na azymut. I była to naprawdę niezła zabawa. Przez pierwsze piętnaście minut. Kiedy żar z nieba lał się w takim stopniu, że mocno zaczęliśmy odczuwać brak jakiejkolwiek wody – ta została w namiocie, rozważyliśmy czy nie zawrócić. Ale czy to nie jest w życiu najważniejsze? Trzeba te niedogodności pokonywać, a my przez ostatnie tygodnie nauczyliśmy się być jeszcze silniejsi, zarówno fizycznie jak i psychicznie.

Po serii podejść w górę, zawracania, zejść w dół by chwilę później znów podejść pod stromą uliczkę dotarliśmy do pierwszych zabudowań, które kazały nam przypuszczać, że zbliżamy się do celu.

Warownia i okolice

Mijając kolejne prywatne domy, których znakomita większość przerobiona została na pensjonaty dla turystów uznaliśmy, że lada moment forteca Stari Bar wyłoni się zza zakrętu. I po jeszcze bodajże dziesięciu ostrych zakrętach prowadzących pod górę rzeczywiście dotarliśmy do zabudowań około fortecznych. Budynki z dużych, ciemnych kamieni, zaadaptowanych na kawiarenki i restauracyjki tworzyły labirynt pośrodku którego dumnie wznosiła się forteca Stari Bar.

Okolica spodobała się nam bardzo. Pomimo ewidentnego nastawienia mieszkańców na turystów, nie było czuć tej nachalności znanej z chociażby Chorwacji. Sami turyści – choć było ich nawet sporo – nie obijali się o siebie, przeciskając wąskimi uliczkami. Było swobodnie. I od razu poczuliśmy się jak w ukochanej Gruzji, gdzie nawet w typowo turystycznych miejscach da się w spokoju odpocząć.

Podeszliśmy do bram fortecy. Korzystając z przypadkowo złapanego wi-fi obejrzeliśmy zdjęcia warowni ukazujące kompleks z różnych perspektyw. Czuliśmy wcześniej podświadomie, że nasza przechadzka może być bezcelowa, bo widok murów ze znacznej odległości każe przypuszczać, że pośród nich nie ma nic ciekawego do oglądania. Zdjęcia potwierdziły to przypuszczenie. Wewnątrz fortecy autorzy zdjęć znaleźli jedynie podniszczone budynki.
Po długiej wspinaczce nie mieliśmy już ochoty na dalsze męczenie się. No i płacenie za to. Gdyby wejście było darmowe, można byłoby się przespacerować po dawnych uliczkach warowni nawet gdyby nie było nic wartego oglądnięcia. A tak, nasze lekko poddenerwowane umysły postanowiły zarządzić odwrót. Zostawiliśmy fortecę w tyle.

Spacerkiem wśród szczytów

Aby nasza mini wycieczka nie była totalną klapą, postanowiliśmy wspiąć się nieco wyżej, by spojrzeć na okolicę. Kusiły nas podobno urokliwe szlaki Czarnogóry. Ale nie byliśmy w tym momencie przygotowani na dłuższą trasę, a dodatkowo godzina na zegarku wskazywała raczej porę powrotu do kempingu, niż wybieranie się na wielokilometrowy trekking. Postanowiliśmy nieco tylko zwiększyć wysokość. Powolutku i bez zbędnego spinania podreptaliśmy w górę.

Kiedy osiągnęliśmy zadowalającą wysokość, przekonaliśmy się, że nawet nie zwiedzając samego miasteczka, można się nim zachwycić. Widok twierdzy – choć rzecz jasna mało atrakcyjny z bliska – z tej odległości był bardzo kuszący. Ale nas szczególnie nastroił pozytywnie widok nie tak odległych już szczytów (choć z pewnością dotarcie na nie zajęłoby nam kilka godzin). Postanowiliśmy kiedyś wrócić do Czarnogóry i przejść przynajmniej część grzbietów napawając się widokiem morza ze skalistych szczytów.

Dzięki za srebrną taśmę!

Kolejny dzień postanowiliśmy przeznaczyć na dojechanie jak najbliżej granicy z Albanią a nawet spróbować ją przekroczyć. Traf chciał, że na drodze do niej leży miejscowość Ulcinj, a w niej Miejskie Muzeum prezentujące w swych zbiorach liczne pamiątki kulturowe i pokazujące tradycję tego regionu Czarnogóry.

Wjeżdżając do miasteczka postanowiliśmy nie tyle zwiedzić samo muzeum, co bardziej okoliczne zabudowania starego miasta obwarowane z każdej strony wysokim murem.
Kiedy dojechaliśmy niemal na miejsce, powietrze z jednej z opon uleciało. Cóż było począć? Plan na szybkie zwiedzanie miasteczka i wyruszenie dalej w kierunku granicy wisiał na włosku. Zaczynaliśmy być zmęczeni, upał dawał się coraz bardziej we znaki a perspektywa łatania przebicia nie nastrajała pozytywnie.
Okazało się, że ostre rafki kół w jednym z rowerów były głównym powodem przebić w ostatnim czasie. Taśma zabezpieczająca otwory pod szprychy były na domiar złego w kiepskim stanie, a jej brzegi na tyle cienkie, by działały na dętkę jak nóż raz po raz podcinając kolejną warstwę i tworząc głęboką rysę. Chałupniczym sposobem postanowiliśmy odizolować rafkę od gumy i powierzchnię aluminiowej obręczy podkleiliśmy srebrną, zbrojoną taśmą.

Srebrna taśma ratuje świat od wielu dziesiątek lat. Sami widzieliśmy jej różne zastosowania u podróżników, którzy łatali nią dziury w płachtach namiotu, kurtek czy w materiale plecaków (o samym mocowaniu pasków nie wspominając). Również rowerzystom srebrna taśma przydaje się w różnych sytuacjach. Podklejenie sakw, bagażników czy przymocowanie dodatkowego akcesorium do kierownicy – to wszystko można ze spokojem oddać w „ręce” srebrnej taśmy. Cóż, warto mieć ją przy sobie.

Najpiękniejsza plaża Czarnogóry

Uporawszy się z niesforną dętką i zwiedziwszy stare miasto postanowiliśmy zostać w okolicy na noc. Byliśmy – pomimo przejechania krótkiego dystansu całkiem mocno zmęczeni. Dodatkowo na horyzoncie zaczęły pojawiać się ciemne chmury, które lada moment mogły uwolnić krople deszczu. Wybraliśmy nieodległy guest house AGA oferujący całkiem przytulne i wygodne apartamenty za stosunkowo niską cenę. To był strzał w dziesiątkę. Pomimo wczesnej pory ułożyliśmy się wygodnie w łóżku i zasnęliśmy.

Obudziliśmy się dwie godziny później. Zdecydowaliśmy się odwiedzić podobno najpiękniejszą plażę w Czarnogórze, która jak się okazała była całkiem niedaleko od nas. Samego plażowania nie było co planować. Pogoda była nadal niepewna, a i my nie czuliśmy takiej potrzeby. Wystarczyła nam odrobina płaskiego terenu by móc bez zbędnego wysiłku pospacerować i rozluźnić przy szumie morza.

Dochodząc do plaży zauważyliśmy, że Ulcinj jest mocno zaniedbane. Być może to wczesna pora roku i brak szczytu sezonu, ale na ulicach niewielu było turystów. Na dodatek wypoczynkowa część miasteczka okazała się mocno nieużywana, ale nie od roku – znaczna część ośrodków położonych najbliżej plaży była w ogóle opuszczona od kilku lat. Straszące powybijane szyby, firanki, których nikt od dawna nie zmieniał i łuszczące się fasady budynków. Taki widok każe przypuszczać, że Ulcinj przeżywało swój okres świetności baaardzo dawno temu. I to miało swój urok. Czegoś takiego potrzebowaliśmy – zapomniane i wyludnione miasteczko, gdzie tłumy turystów nie podnoszą ciśnienia.

Plaża, która rzekomo miała być najpiękniejsza w całej Czarnogórze, w rzeczywistości była równie zaniedbanym sporym skrawkiem wybrzeża. Fakt, rzędy parasoli i położone nieopodal każdego z tych wypoczynkowych kwartałów beach bary w sezonie zapewne pękają w szwach. My trafiliśmy na bardzo niski sezon i zapewne niesprzyjającą plażowaniu pogodę. Plaża świeciła pustkami. Oprócz niewielkich grupek rodziców z dziećmi i przechadzających się raz po raz par lub samotników, wszędzie panowała cisza przerywana szumem wody.

Kolor piasku – bardziej przypominający kurz niż rzeczywiście ziarenka – nie pozwalał przypuszczać, że jest to perełka na wybrzeżu kraju. Infrastruktura plażowa, mocno zapomniana prezentowała raczej smutny obraz. A wspomnienie opuszczonych ośrodków wypoczynkowych mijanych w drodze na plażę kazało przypuszczać, że okolica dawno abdykowała oddając koronę pierwszeństwa innej nadmorskiej miejscowości.

Zdecydowaliśmy, że zostaniemy w Ulcinj nieco dłużej. Nie chcieliśmy opuszczać zbyt szybko spokojnego kraju jakim jest Czarnogóra. Jej klimat zbyt się nam spodobał, by tak łatwo przyszło nam pożegnanie się z nim.

Droga na granicę

Kiedy już nasze ciała nieco odpoczęły przyszedł czas na kolejną dawkę wielogodzinnej jazdy na rowerze. Od granicy dzieliło nas jeszcze tylko kilka kilometrów. A to oznaczało, że za chwilę opuścimy leniwą Czarnogórę i wkroczymy do – jak się później okazało – mało przypominającej Europę krainy. Nim jednak na dobre pożegnaliśmy ten kraj czekała nas jeszcze niezła walka o każdy kilometr. Okazało się, że droga nad granicę, będąca jednocześnie jedną z głównych arterii Czarnogóry i łącząca ją z Albanią, była w remoncie. Absolutnie i definitywnie w remoncie. Próżno było szukać choć skrawka asfaltu, który pozwoliłby na beztroską jazdę. Tumany kurzu błąkające się pomiędzy sporymi kamieniami utwardzającymi nawierzchnię wzniecały się raz po raz spod kół. W zębach czuliśmy piasek, a nogi przybrały kolor brunatny, gdy pył przykleił się do spoconej skóry.

Drogowcy, jak zwykle w punkt – tak, nie tylko w Polsce potrafią się wstrzelić z terminami realizacji prac. Wiele kilometrów drogi musieliśmy pokonywać ostrożnie. Baliśmy się uszkodzić po raz kolejny dętki a dodatkowo wertepy wystawiały na próbę haki sakw, które co chwilę podskakiwały na bagażnikach. Dopiero na chwilę przed dojechaniem do granicy droga na nowo zamieniła się w czarną i wyasfaltowaną. Przywitaliśmy ją z radością i nieco się rozluźniliśmy.

Mamy nadzieję, że relacja z Czarnogóry przypadła Wam do gustu. Zostawcie koniecznie komentarz, a na Facebooku, Instagramie, Twitterze kciuki w górze, serduszka i inne reakcje. Będziemy za to ogromnie wdzięczni. A jeśli jeszcze udostępnicie ten artykuł swoim znajomym i rodzinie, to będziemy uradowani jeszcze bardziej.

Pamiętajcie, że na YouTube oraz CDA znajdziecie relacje wideo z wyprawy Ekstra13. Niedawno opublikowaliśmy ostatni materiał. Więc jest co oglądać. Dajcie znać, jak się Wam podoba.

Możecie wspierać EkstraMisję i nasze nowe projekty za pośrednictwem platformy Patronite. Będziemy ogroooomnie wdzięczni za każdą złotówkę przelaną na nasze konto. A wy będziecie szczęśliwsi zgarniając przy okazji ciekawe nagrody. Z góry dziękujemy za wsparcie.

Obserwuj nas na:
Follow by Email
Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Instagram