Na kilka dnia zostawiliśmy Chorwację i swe rowery skierowaliśmy wgłąb lądu. Zazieleniło się, a ostre szczyty chorwackiego wybrzeża zostawały w tyle. Jednak wraz z nimi znikał nam z oczu również Adriatyk. Z żalem myśleliśmy, że jego krystalicznie czyste wody zobaczymy dopiero za kilka dni.
Jadąc przez Rogotin, Opuzen i Metković zdziwiliśmy się, że pomimo tak bliskiego sąsiedztwa gór droga okazała się raczej płaska. Przebiegała wzdłuż potoku Neretwyco zresztą dodawało uroku okolicy. Dopiero zbliżając się do granicy z Bośnią i Hercegowiną, w miejscowości Prud droga zaczęła się wznosić. Jak duża część mniejszych punktów kontroli paszportowej na Bałkanach, tak i ta mieściła się na przełęczy górskiej. Trzeba było ostro się namęczyć, by dotrzeć tam o własnych siłach.

Na granicy

Przejście okazało się tak małe, że brakowało nawet porządnego znaku z nazwą państwa do którego wjeżdżaliśmy. Wiedząc, że mamy marne szanse postanowiliśmy mimo to spróbować szczęścia i zapytaliśmy strażnika o możliwość zrobienia sobie zdjęcia z niewielkim znakiem drogowym na którym dostrzegliśmy upragniony napis. Odmowa była oczywista. Lekko zawiedzeni postanowiliśmy nie wystawiać cierpliwości strażników na próbę. Nasz widok i tak wzbudził wielkie zdziwienie. Oddaliliśmy więc czym prędzej się sprzed malutkiej budki.

Droga do wodospadów Kravica.

Przekroczywszy granicę niewiele już zostało do upatrzonych wodospadów Kravica. Dodatkowo znaleźliśmy na nawigacji kemping, który mieścił się tuż przy nich. Czy może być coś lepszego, niż spanie przy takim cudzie natury? Zaliczyliśmy już kąpiel pod wodospadem, ale nie myśleliśmy nawet, że spędzimy pod nim noc. Wyznaczyliśmy najkrótszą drogę na kemping.

Droga z początku prosta – choć niewątpliwie jej fałdy mogłyby być nieco mniejsze – po kilku kilometrach zmieniła się w istną katorgę. Po pokonaniu wiaduktu nad drogą A1 wjechaliśmy na drogę szutrową. Następnie szuter połączył siły z ostrym, niemal 45-stopniowym zjazdem. Chcąc nie chcąc musieliśmy przez ostatni, około kilometrowy odcinek sprowadzać swoje rowery.

Domyśliliśmy się, że nawigacja nie ma zamiaru poprowadzić nas główną drogą i przez oficjalne wejście na teren parku z wodospadami. W tym przekonaniu utwierdziła nas jeszcze ścieżka, która z nachylonej i szutrowej zmieniła się w błotnistą i poprowadzoną przez gęste krzaki. I nadal było dosyć stromo. Miejscami droga wyglądała, jakby ktoś przeszedł z maczetą i wyciosał wąski tunel przez pokrzywy i bluszcz. Sprowadzenie rowerów wcale nie było proste. Zawrócić też nie chcieliśmy. Po sprawdzeniu naszego położenia na nawigacji i odszukaniu alternatywnej, asfaltowej drogi doszliśmy do wniosku, że nie warto się cofać. Od wodospadów dzieliła nas tylko stumetrowa gęstwina. Starając się zachować równowagę i kombinując jak się da, po kilku minutach dotarliśmy na niewielką polankę tuż przy wodospadach.

Miejsce okazało się kompletnie wyludnione. A przynajmniej po tej stronie rzeki. Dwadzieścia metrów dalej, na drugim brzegu tętniło życie w dwóch knajpkach, a z prowizorycznej przystani odpływały raz po raz niewielkie tratwy, transportując turystów w pobliże wodospadu. Rzecz jasna po samej ścieżce, którą przeszliśmy domyśliliśmy się, że wybraliśmy mało uczęszczaną drogę. Niemniej, wiedząc, że w pobliżu znajduje się kemping spodziewaliśmy się jakiś ludzi. Polanka była pusta i wcale nie chodziło o to, że trafiliśmy na niski sezon. Tam w ogóle nie było kempingu. Staliśmy dokładnie w miejscu, gdzie według nawigacji miało być pole namiotowe. Wokół były tylko chaszcze i niskie drzewa.

Nocleg pod wodospadem?

Zaczęliśmy analizować swoje położenie: mieliśmy niewielki zapas jedzenia, wykąpać można by się pod wodospadem, a namiot rozbić na polance, kryjąc się przy zagajniku. Z drugiej zaś strony nie mieliśmy pewności, czy dziki nocleg całkiem niedaleko wodospadów jest legalny. Znajdowaliśmy się na terenie parku, a nie mieliśmy dostępu do internetu by sprawdzić czy jego regulamin zakazuje obozowania? Dostrzegliśmy co prawda, że na drugim brzegu, przy parkingu stoją dwa namioty. Może to tymczasowe schronienia dla rybaków? Ale i tak nie mogliśmy tam dotrzeć by się przekonać. Nie mieliśmy jeszcze żadnej gotówki i wątpiliśmy, że gdzieś w pobliżu znajduje się bankomat z którego moglibyśmy ją wypłacić, by zapłacić za ewentualny transport tratwą.
Po kilku minutach dyskusji i sprawdzaniu mapy, postanowiliśmy wrócić znaną nam już ścieżką z powrotem na asfaltową drogę i dostać się do Medziugorie. Dzieliło nas od niej kilkanaście kilometrów, a nie było za późno na jazdę. Byliśmy jednak już ciut zmęczeni, więc nim zebraliśmy swój dobytek i zaczęliśmy się wspinać, odpoczęliśmy napawając się widokiem wodospadu.

Choć wielkością nie dorównywał on kaskadom na Jeziorach Plitwickich czy na Wodospadach Krka, to jego widok zapierał dech. Mieliśmy wrażenie, że przenieśliśmy się z Europy do Azji lub Ameryki Południowej. Okolica przypominała bardziej dżunglę i było dla nas niemożliwe, że jeszcze chwilę temu ledwo dawaliśmy radę poruszać się od suchego powietrza i mocnego słońca. Wokół było tyle zieleni i chłodu, że chciało się tam zostać. Niemniej, trzeba było ruszać dalej.

Każdy swój krzyż nieść musi.

Droga powrotna okazała się jeszcze trudniejsza niż zejście. Stromizny, które nasze rowery zdołały pokonać przy użyciu hamulców, teraz ledwo podjeżdżały. Zapierając się i walcząc z błotnistą ścieżką wpychaliśmy rowery pod górę. Kiedy wyszliśmy na drogę szutrową byliśmy mokrzy od potu. A to jeszcze nie koniec – przed nami spore nachylenie. Ale było łatwiej. W porównaniu z błotem, na szutrze o wiele prościej jest utrzymać rower na hamulcu. Nawet jeśli koło zacznie się ześlizgiwać, jakiś kamyk go zatrzyma. Na błocie wszystko zachowuje się jak na lodowisku. My sami ledwo staliśmy, więc czego oczekiwać po czterdziesto kilogramowym rowerze?

Z ulgą powitaliśmy asfalt. Nie ma co się jednak na zapas cieszyć, gdy nie wie się jak wygląda dalsza droga. A ta pomimo wyraźnej poprawy nawierzchni nie była lepsza od poprzedniczek. Z zazdrością patrzyliśmy na wysokie, kilkudziesięciometrowe słupy podtrzymujące wiadukt po którym poprowadzono autostradę. Wszelkie kotliny, strome zjazdy i podjazdy musieliśmy pokonać wiedząc, że gdybyśmy mieli samochód (lub choćby motocykl), nie bylibyśmy nawet świadomi jak głęboko trzeba zjechać, by dostać się na kolejną i kolejną górę. Zawsze, gdy widzieliśmy przed sobą 12-procentowy podjazd, zastanawialiśmy się czym kierowali się inżynierowie wyznaczający trasę po takim nachyleniu? Niemniej, widok wysokich wiaduktów dodawał okolicy nieco futurystycznego charakteru. Zastanawialiśmy się, czy z któregoś z wiaduktów można urządzić skoki na bungee?

Kiedy już pokonaliśmy większe wzniesienia wyjechaliśmy na „ostatnią prostą” do Madziugorie. Poszarpane skraje drogi, pełne dziur i wertepów dawały do zrozumienia, że pamiętają jeszcze konflikt zbrojny w latach ’90. Asfalt wyglądał, jakby całkiem niedawno przejechała tamtędy cała kolumna czołgów. Trudno było nie uprzykrzać życia kierowcom samochodów, gdy raz po raz próbowaliśmy wyminąć ubytki i pęknięcia wyjeżdżając na środek drogi. Cud, że nasze sakwy wytrzymały.

Święte miasto

Pokonawszy jedną z gorszych tras podczas tej wyprawy dotarliśmy ostatecznie do Medziugorie. I szybko zaczęliśmy analizować, dlaczego właściwie chcieliśmy tu przyjechać? Wjeżdżając do miasteczka zastanawialiśmy się, czy trafiliśmy do czegoś w rodzaju Jasnej Góry czy bardziej do Las Vegas? Zewsząd otaczały nas knajpki, kawiarnie, restauracje. Pomiędzy nimi rozlokowały się sklepiki oferujące pamiątki z Maryją – od koszulek po popielniczki. Nie da się ukryć, że przez tą dosyć mocną komercjalizację miasteczka bardzo trudno odczuć mistyczność miejsca. Dlatego jesteśmy nieco rozczarowani. Słyszeliśmy wiele dobrego o Medziugorie, o cudach, jakie pielgrzymi tam doświadczają. Niemniej, będąc tam bardziej odczuliśmy chęć zarobienia kasy na pamiątkach i innych usługach, niż faktyczne boską obecność. Może gdybyśmy uczestniczyli w której z modlitw lub uroczystości nasze wrażenia byłyby inne.

Jadąc jedną z głównych ulic miasta szukaliśmy jakiegoś noclegu. Trafiliśmy na polski dom pielgrzyma. I być może zdecydowalibyśmy się na spędzenie tam nocy, gdyby nie fakt, że musieliśmy najpierw znaleźć bankomat. W drodze do niego spostrzegliśmy dwa znaki informujące, że niedaleko znajduje się kemping. Jeden był droższy, drugi tańszy. Gdy tak staliśmy i zastanawialiśmy się który wybrać podeszła do nas para z Francji. Zobaczywszy nasze objuczone rowery domyślili się, że jesteśmy w drodze od jakiegoś czasu. Okazało się, że i oni podróżują od kilku tygodni na rowerach i zatrzymali się na jednym z kempingów – rzecz jasna na tym tańszym. Po serii pytań o trasę, sprzęt i inne około rowerowe sprawy zachęcili nas byśmy przenocowali na tym samym polu. Przystaliśmy na propozycję.

Upiorna noc

Kemping okazał się sporej wielkości parkingiem. I niestety to miało ogromne znaczenie. Zamiast miękkiej trawy rozłożyliśmy namiot na żwirze. Dodatkowo, nigdzie nie było drzewa, które rano osłoniłoby nas od mocnych promieni słonecznych. Nieco źli na siebie, że po raz kolejny zawierzyliśmy obcym ludziom i znów marnie z tym skończyliśmy położyliśmy się spać. Wierzyliśmy jednak, że – podobnie jak kilka dni wcześniej na wyspie Rab, gdzie doświadczyliśmy kilku dziwnych zdarzeń – i tym razem w naszym niezbyt komfortowym położeniu jest jakiś większy, jeszcze nie oczywisty dla nas sens. Być może mieliśmy się przekonać do Medziugorie?

Noc była okropna. Nie mogliśmy zmrużyć oka, bo wszędzie było słychać szczekanie i wycie psów, gdakanie kur i pianie kogutów. Nie brakowało również głośnego zawodzenia kotów. Z jednej strony śmiejąc się, że nie tylko ludziom udziela się mistyczny klimat, z drugiej rozważaliśmy czy nie zwinąć obozu i nie uciec. Odczuwaliśmy niepokój. Z tęsknotą oczekiwaliśmy pierwszych promieni słońca.

Rano, gdy obudziliśmy się z rwanego snu, byliśmy mocno zmęczeni. Próbowaliśmy jeszcze nieco wydłużyć sobie noc, by nabrać choć odrobinę więcej siły. Niestety słońce zdążyło już zawędrować na tyle wysoko, że nasz namiot powoli zmieniał się w saunę. Poirytowani rozpoczęliśmy żmudny proces pakowania i składania obozu. Lecz nie tylko my mieliśmy złą noc. Para Francuzów również nie wyglądała na zachwyconych. Podobnie jak my nie potrafili się szybko zebrać i smętnie chodzili po placu.

Gdy wreszcie zdołaliśmy zapakować nasze rzeczy na rower postanowiliśmy ponownie podjechać pod kościół św. Jakuba, pod którym byliśmy wieczorem. Za dnia miasteczko nabiera mniej komercyjnego wyglądu, choć z pewnością nie brakuje otwartych sklepików z pamiątkami. Niemniej nadal nie czuć, że dzieją się tutaj cuda. Jest to malutka mieścinka, która całe swe życie skupia wokół sanktuarium i kultu Matki Boskiej. Czy warto tam przyjechać? Z pewnością. Jednak nie ma co oczekiwać, że doświadczy się objawienia. Chyba, że będzie się miało do czynienia z kawiarniami czy sklepami – tam ceny są iście nieziemskie.

Powrót nad Naretwe

Z Medziugorie wyjechaliśmy tą samą drogą, którą dzień wcześniej wjeżdżaliśmy. Postanowiliśmy dojechać do Mostaru, lecz najpierw chcieliśmy jeszcze zahaczyć o Twierdzę Počitelj. Przewidywaliśmy, że wybierzemy inną trasę powrotną do Chorwacji i nie chcieliśmy odpuszczać jednej z większej atrakcji Bośni i Hercegowiny. Zresztą kusiło nas by wrócić na ścieżkę rowerową poprowadzoną wzdłuż Naretwy, którą dostaliśmy się w pobliże granicy.

Kiedy minęliśmy Čapljine, przejechaliśmy przez rzekę i wyjechaliśmy na drogę M17, po pewnym czasie naszym oczom ukazał się kompleks Počitelj. Jest to niezwykle piękne miasteczko ulokowane na zboczu góry tuż przy rzece. Znajduje się tutaj najlepiej zachowany zespół budynków z czasów dominacji tureckiej. Nad całością górują obwarowania średniowiecznej tureckiej twierdzy, z których widok na całą okolicę jest wręcz niezapomniany.
Poruszanie się po miasteczku może nastręczać kłopotu, gdyż większość uliczek jest brukowana, a kocie łby są miejscami bardzo śliskie. Jednak nawet takie niedogodności nie potrafią odebrać Počitelji jej uroku. Ma się wrażenie, że przebywa się nie w Europie, a bardziej na Bliskim Wschodzie. I wszędzie panuje niewyobrażalny spokój. Będąc tam nabraliśmy jeszcze większej ochoty na odwiedzenie któregoś z arabskich krajów.

Ścieżka do Mostaru

Spod twierdzy wróciliśmy na drugi brzeg Naretwy. Ciągnęła się tam ścieżka rowerowa, którą znaliśmy i wiedzieliśmy, że przejazd nią nie będzie trudny. Cała jest poprowadzona nad rzeką, a to niejednokrotnie gwarantowało w miarę płaską i mało wymagającą trasą. Warto było spróbować i tym razem.
I był to strzał w dziesiątkę. Trasa oferuje wiele miejsc, przy których nie można się nie zatrzymać.

Do Mostaru dojechaliśmy pod wieczór. Nie mieliśmy więc zbyt wiele czasu na jego zwiedzanie. Byliśmy solidnie zmęczeni drogą, pomimo tego, że nie była nazbyt wymagająca. Niemniej nieprzespana noc i upał dały się we znaki. Czym prędzej udaliśmy się do zarezerwowanego noclegu.

Mostar

Aby nie potraktować tego wyjątkowego miasta po macoszemu postanowiliśmy zostać tam nieco dłużej. W Bośni i Hercegowinie nie planowaliśmy co prawda zarzucać kotwicy, ale odpuścić Mostar? Tak się nie godzi. Dodatkowo za pozostaniem przemawiał fakt, że za stosunkowo niską opłatą dzienną mieliśmy do dyspozycji całkiem spore mieszkanie na wyłączność. Możliwość spania w wygodnym, dużym łóżku z porządnym materacem, dostęp do wyposażonej kuchni i salon z olbrzymim telewizorem powodował jednak u nas swego rodzaju nadpobudliwość lenistwa. Z trudem odrywaliśmy się od kanapy by pochodzić wśród uliczek.

Raz po raz naszym oczom ukazywał się widok niczym z filmu o tematyce postapokaliptycznej. Budynki z podziurawionymi przez pociski ścianami, na wpół zawalone a na wpół zarośnięte krzakami i małymi drzewkami. I wszędobylskie tagi na murach pokazujące, że pomimo pozornego pokoju i porozumienia, w ludziach wciąż tli się wzajemna nienawiść, która tylko czeka na uwolnienie spod klatki poprawności politycznej. Most rozwieszony pomiędzy dwoma brzegami rzeki tylko czeka na kolejny wstrząs, który naruszy kruche połączenia i zwali konstrukcję w rwącą toń. Świadomość, że jeszcze nie tak dawno toczyły się tu zaciekłe walki sprawiała, że po plecach przebiegał dreszcz. A kiedy oglądnęliśmy na YouTube nagrania z tamtych dni, niepokój i przygnębienie się pogłębiało.Całe szczęście konsumpcjonizm nie ma barier i aby zarobić na jakiejś atrakcji, ludzie potrafią zakopać topór wojenny. W pobliżu wspomnianego Starego Mostu rozlokowały się sklepy z pamiątkami, kawiarnie i restauracje. Gdziekolwiek się nie spojrzało tam dostrzec można było jakąś interesującą miejscówkę, w której można było usiąść i wypić kawę spoglądając na tłumy turystów przemierzające zakamarki i wąskie uliczki.
My zdecydowaliśmy się zjeść w restauracji Šadrvan na skrzyżowaniu Onešćukova i Jusovina. Do środka zapraszają ubrane w ludowe stroje osoby z obsługi a samo jedzenie jest pyszne.

Dervish House

Po spędzeniu kilku dni w Mostarze postanowiliśmy w końcu wciągnąć kotwicę na pokład i ruszyć dalej. Przeprawa okazała się nie tak łatwa jak to sobie wyobrażaliśmy. Zaczęło się spokojnie, zboczeniem z trasy prowadzącej z powrotem do granicy Chorwacji. Chcieliśmy przed wyjazdem z Bośni i Hercegowiny rzucić okiem na Blagaj. Położony jest w malowniczej okolicy, tuż przy wypływającej spod skały górskiej rzece.

Główną atrakcją miasteczka jest klasztor derwiszów, wybudowany w 1470 r. Pierwotnie stanowił on kompleks wielu budynków. Dzisiaj Dervish House to: musafirhana – budynek mieszkalny oraz mauzoleum. Klasztor został udostępniony do zwiedzania, a wstęp jest płatny. Mimo to warto wejść do środka i zobaczyć te niezwykle przytulne pomieszczenia mające w sobie coś z mistycyzmu.

Ale uwaga! Należy pamiętać, że jest to bardzo ważne miejsce dla muzułmańskich wyznawców. Wymagany jest odpowiedni ubiór, tj. zakryte ramiona, spodnie z nogawkami co najmniej za kolano, a u kobiet również należy zakryć nogi i głowę. I nie ma czym się przejmować, jeśli akurat nie macie przy sobie odpowiednio dużych chust, które sprostałyby stawianym zasadom. Obsługa udostępnia okrycia. Aaa, no i jak w wielu miejscach kultu muzułmańskiego, tak i w Dervish House chodzi się boso. O buty nie ma co się martwić – jest w miarę bezpieczne.

Wspomnieliśmy o rzece wypływającej spod ziemi. Jest to źródło z jednych z największych nasileń w Europie. Na sekundę na powierzchnię wypływa aż 43 tys. litrów wody. Nad rzeką ulokowanych jest sporo restauracji, więc po zwiedzaniu z pewnością znajdzie się z pewnością miejsce by pokontemplować chwilę w tym miejscu.

Szybki powrót?

Skierowaliśmy swe rowery na powrót na drogę do granicy z Chorwacją. Postanowiliśmy nie jechać przez Bośnięi Hercegowinę aż do miejscowości Neum. Sprawdziliśmy drogę i uznaliśmy, że pokonanie tej, którą już znamy i zboczenie w odpowiednim momencie z niej sprawi nam znacznie mniej kłopotu, niż w przypadku pokonywania konkretniej wyglądających pasm górskich. W międzyczasie na liczniku pojawiła się kolejna setka. Po zakończeniu kontroli na przejściu od razu zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie. No i byliśmy znów w Chorwacji. Dalsza droga była przyjemna. Wskoczyliśmy na szutrową drogę położoną w niemal płaskiej jak stół dolinie. Mijaliśmy kolejne masywy górskie sprawnie i szybko, ciesząc się, że oto los nam sprzyja. Po kilku tygodniach podjazdów zmiana drogi na nieco mniej nachyloną powoduje, że człowiek na nowo odżywa. Jednak gdzieś z tyłu głowy mieliśmy myśl, że zbliżamy się do jednego z większych, 280-metrowych podjazdów na szczycie którego czekać miała nas kolejna odprawa paszportowa by wjechać do Bośni i Hercegowiny i dojechać po czterech kilometrach do Neum. Proste. Tak się nam przynajmniej wydawało.

Po minięciu miejscowości Brestica zaczęliśmy wspinaczkę na wypatrzoną wcześniej przełęcz. Oczarowani pięknym zachodem słońca i perspektywą niewielkiej odległości od granicy do kempingu parliśmy naprzód pomimo zmęczenia. Ile czasu mieliśmy poświęcić na miejsce przeznaczenia? Godzinę? Dwie?
Gdy zobaczyliśmy majaczącą w oddali przełęcz i pozostałości po starej budce strażników granicznych przyśpieszyliśmy. Ku naszemu zdziwieniu na granicy było pusto. Jedyną oznaką tego, że punkt kontroli działa było migające światło zamontowane na szlabanach. Ale o dziwo, wszystkie były opuszczone. Nieco zbici z tropu zwolniliśmy. Stanęliśmy tuż przy migoczących ogrodzeniu. Nikt nie wychodził.

Zaczęliśmy dla żartów pukać w szlaban i wołać cicho „Hop, hop, chcemy przejechać!” chichocząc pod nosem. Wreszcie po dłuższej chwili z głównego budynku wyszedł policjant RH. Był ewidentnie znudzony i nieco poddenerwowany faktem, że ktoś zakłóca jego spokojną do tej pory służbę. Przywitaliśmy się pogodnie, powiedzieliśmy, że jesteśmy z Polski i podaliśmy paszporty. Mężczyzna spojrzał na dokumenty i po chwili analizowania w głowie jak ubrać swe myśli w angielskie słowa wydukał, że musimy zawrócić. Co!? Przecież to jest granica i tutaj musimy ją przekroczyć. Policjant zdecydowanie odmówił. Wytłumaczył, że przejazd jest możliwy tylko dla okolicznych mieszkańców. Nikt inny nie może go pokonać. Zrozumieliśmy swój błąd. Słyszeliśmy, że niektóre przejścia graniczne są przeznaczone tylko dla „tutejszych”, ale gnani dotychczasowymi sukcesami przestaliśmy zwracać uwagę na typ punktów kontrolnych. Niestety, swój błąd zrozumieliśmy zbyt późno.
Zaczęliśmy tłumaczyć, że do kolejnego przejścia jest dla nas zbyt daleko, że planowaliśmy dojechać do Neum i jest zbyt późno na pokonywanie dodatkowych kilometrów. Dla mundurowego nie stanowiło to żadnego wytłumaczenia. Dla niego było to jedynie 10 km – będziemy przecież tam za chwilę. Cedząc pod nosem przekleństwa odpowiedzieliśmy, że może dla niego i samochodu, którym się porusza codziennie, ta odległość nie jest straszna. Dla sakwistów jest to długo, biorąc pod uwagę, że droga była porządnie pofalowana i niejednokrotnie stroma. Godzina to najkrótszy czas w jakim byliśmy gotowi pokonać dzielący nas od drugiego przejścia odcinek ze względu na porę i zmęczenie. Nie. Tyle tylko usłyszeliśmy w odpowiedzi. Strażnik upierał się przy swoim. Prośby i logiczne argumenty nie przemawiały za tym skrupulatnym mężczyzną. Zawróciliśmy.

Nawiedzony kemping

Była 21.00 kiedy rozpoczęliśmy mozolną wędrówkę do innego przejścia granicznego. Przebrnięcie jeszcze 10 km było dla nas nie lada wyczynem. Byliśmy porządnie zmęczeni dotychczasową wspinaczką. W związku z perspektywą krótkiej jazdy nie szczędziliśmy sił i staraliśmy się w miarę szybko pokonać pozostały do Neum odcinek. Teraz, gdy byliśmy wykończeni, jedyną energię jaką zyskaliśmy była ta pochodząca od zdenerwowania i adrenaliny jaką rozmowa z mundurowym wyzwoliła. Pierwsze kilka kilometrów przejechaliśmy klnąc pod nosem. Po pewnym czasie gniew ulotnił się. Zaczęliśmy spoglądać na niknące w ciemności góry i pierwsze gwiazdy delikatnie skrzące się na niebie. Było pięknie. Adrenalina rozpływała się i na nowo poczuliśmy zmęczenie. Kiedy dojechaliśmy do przejścia granicznego nad morzem, marzyliśmy o śnie i dostaniu się do Neum. Wyobrażaliśmy sobie co stanie się, kiedy i ta odprawa paszportowa okaże się felerna. W końcu znajdowała się na dosyć ruchliwej drodze i w naszym mniemaniu nieco nieodpowiedniej dla rowerzystów. Całe szczęście wjechaliśmy do Bośni i Hercegowiny, a około 23.00 dotarliśmy do Neum.

Odszukaliśmy kemping. Był niemal pusty. Jeśli nie liczyć samotnego namiotu rozstawionego przy recepcji oraz psa, który przyległ do nas natychmiast po wkroczeniu na teren pola, byliśmy zupełnie sami. Kemping był lekko zaniedbany. Trawa dosyć wysoka, okolica oświetlona przez zaledwie kilka lamp. Ale w ciemności słychać było ciche granie radia. Dobiegał z recepcji. Sprawdziliśmy, czy zastaniemy w niej obsługę. Pusto. Bar był oświetlony ale zamknięty na klucz, który… był w zamku od zewnętrznej strony. Radio ktoś wystawił na zewnątrz przytrzaskując przewód drzwiami. Obok znajdowały się prysznice. Wokół walały się sterty napoi znanych marek.
Postanowiliśmy czym prędzej rozłożyć namiot i nie tracić czasu. Przecież niejednokrotnie rozliczaliśmy się rano i nie było żadnego problemu. Tylko ten pies. Od kiedy nas zobaczył, nie odstępował na krok. I podskakiwał dziko z jednej strony ewidentnie ciesząc się, z drugiej jakby próbując coś przekazać. Dziwne. Czując się nieswojo przygotowaliśmy szybką kolację i czym prędzej zasnęliśmy.

Noc nie była spokojna. Budziły nas krople deszczu bijące o ściany namiotu i pies biegający wokół i raz po raz podszczekujący. Ewidentnie miał psie ADHD. Dzień rozpoczęliśmy wcześnie, bo o 6.00. Nie spiesząc się z wyjazdem z Neum, spakowaliśmy dobytek. Wciąż wypatrywaliśmy właściciela kempingu. Zbadaliśmy teren. Muzyka z radia nadal grała, przewód wciąż znajdował się pomiędzy drzwiami i framugą. Ale poranne światło odsłoniło kolejne niespodzianki. Prysznice, z których postanowiliśmy nie korzystać wieczorem, rankiem okazały się mocno nieużywane. Co prawda dwa bojlery magazynowały wodę, ale tylko jeden z nich pracował w miarę poprawnie. Kotarek osłaniających osoby przed ciekawskimi oczami nie było. Dodatkowo sieci pajęcze stworzyły pod prysznicami istne kłębowiska i widać było, że ktokolwiek pilnował tego przybytku, do porządków nie przykładał zbytnio uwagi od kilku tygodni. Napoje, które ktoś porozrzucał po podłodze okazały się przeterminowane o kilka miesięcy. I ten pies. Pies, który spoglądał na nas swym czujnym wzrokiem i ilekroć okazywało się mu odrobinę zainteresowania, merdając ogonem podskakiwał i biegał po całym terenie kempingu. Sprawdziliśmy jego miski. Obie były wypełnione wodą. Zapewne z deszczu, który w nocy spadł. I nie wyglądały jakby w ostatnim czasie służyły psu za pojemniki na jakikolwiek pokarm. Znaleźliśmy resztki jedzenia, na które już nie mieliśmy ochoty albo nie nadawały się do dalszego przechowywania i nakarmiliśmy psa. Niewielki był to posiłek, ale zawsze coś.
Zaczęliśmy fantazjować, że pies to w rzeczywistości zaklęty w tą postać właściciel, który swym zachowaniem pragnie przekazać nam prawdę. Kiedy zaczęliśmy poważnie traktować nasze wymysły, postanowiliśmy ruszyć w drogę i czym prędzej zostać nawiedzone Neum za sobą.

Niewyspani i obolali po wieczornej wspinaczce nawet nie rozważaliśmy dotarcia do Dubrovnika. Wynaleźliśmy kemping Pod Maslinom i choć dzieliło nas od niego spory odcinek, tam postanowiliśmy się zatrzymać. Musieliśmy wypocząć przed dalszą drogą.

Na tym zakończymy tą część relacji. Dalsze losy naszej podróży przez Bałkany już za tydzień. Serdecznie zapraszamy do dzielenia się swoimi opiniami na temat naszej trasy, przygód czy własnych doświadczeń. Komentarze, których formularz znajduje się poniżej dostępny jest dla wszystkich.
Dodatkowo zachęcamy do śledzenia EkstraMisji na Facebooku, Twitterze i Instagramie. Pojawiają się tam w miarę regularnie aktualne informacje o nowościach na blogu czy kanałach wideo, a także luźne posty, które mogą się Wam spodobać. Już dziś kliknijcie przyciski „Lubię to!” czy „Obserwuj” by nie przegapić kolejnych wiadomości. Wejdźcie na YouTube oraz CDA gdzie co tydzień zamieszczamy relacje wideo z wyprawy Ekstra13.

Wiedzcie, że pomimo zakończenia jednej wyprawy, myślimy już nad kolejnymi. W przyszłym roku planujemy przejechać Azję z plecakami (tak, rowery zostawiamy w piwnicy). Jeśli chcecie wesprzeć naszą podróż, zapraszamy na profil EkstraMisji na Patronite. Znajdziecie tam wiele progów, które w zależności od upodobań możecie wybrać i wesprzeć nasze rozwój i dalsze podróże. Z góry dziękujemy za pomoc.

Obserwuj mnie na:
Follow by Email
Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Instagram