Opuszczamy Słowenię.

20 maja, po ponad miesiącu podróży, dotarliśmy na granicę słoweńsko-chorwacką. Stamtąd wyruszyliśmy w stronę miejscowości Poreč, gdzie zarezerwowaliśmy apartament na dwie noce. Musieliśmy nieco odpocząć po trudach i znojach podróży, a przestronne lokum dawało sporą wygodę, której tak bardzo nam brakowało.

W dniu wyjazdu postanowiliśmy odwiedzić  jeszcze wpisaną na Światową Listę Dziedzictwa UNESCO Bazylikę Euphrasian. Jest to najstarsza chrześcijańska świątynia na świecie. I jak na swój wiek (pochodzi z około IV w n.e.) trzyma się całkiem nieźle. Może sama ekspozycja nie powala, bo zwiedzając budowlę zobaczyć można raptem baptysterium, kilka naw i dziedziniec okraszone mozaikami i kamiennymi zdobieniami. Jednak cudowny widok jaki rozciąga się z dzwonnicy oraz świadomość, że chodzi się po świątyni w której gromadzili się wierni już ponad tysiąc pięćset lat wcześniej robi wrażenie. Ile dzisiejszych budynków przetrwa taki kawał czasu?

Ale kanał!

Z Poreču udaliśmy się na południe, w kierunku kanału Limskiego, jednego z piękniejszych jakie do tej pory zobaczyliśmy. Jego wielkość przytłacza, a stojąc na molo wysuniętym kilkadziesiąt metrów od brzegu, ma się wrażenie, że lada moment otworzy się przed oczami bezkres morza. Uroku dodają wąskie łódki rybackie i zarośnięte gęsto zbocza gór po obu stronach kanału.

Następnym przystankiem na trasie była miejscowość Rovinj, gdzie na wzgórzu mieści się majestatyczna katedra Św. Eufemii. Stamtąd można spoglądać w niemal wszystkie strony świata i zachwycać się pięknem okolicy. Nie można jednak zbyt mocno odpływać, gdyż nieostrożny podróżnik nie spostrzeże upływu czasu i podobnie jak nam, zabraknie mu dnia na dotarcie do celu. W drodze do Puli noc zmusiła nas do zanocowania w Fažanie.

Koloseum w Puli.

Kolejnego dnia nie mogliśmy się zebrać do dalszej drogi. Zmęczenie spowodowane poprzednimi dniami dawało się we znaki. Wiadomym było, że w najbliższym czasie będziemy musieli zatrzymać się na dłużej i nabrać sił na dalszą drogę. Na domiar złego pogoda się pogorszyła i dojazd do Puli stał pod znakiem zapytania. Chwilę po południu udało się jednak wyjechać i po jakimś czasie staliśmy pod dawnym amfiteatrem w Puli.

Budowla jest bardzo podobna do Koloseum we Włoszech. Można śmiało zrobić sobie z nią zdjęcie i jeśli nie ma się zbyt dociekliwych znajomych, zwracających uwagę na szczegóły, jednym wyjazdem można opędzić dwa kraje. Niemniej, rzymska arena walk w Puli cieszy się zapewne znacznie mniejszą popularnością, a kolejki do kas nie są tak długie. Ma to oczywiście odbicie w widoku wewnątrz budowli. Jeśli ktoś nie interesuje się architekturą i kulturą antyczną, podobnie jak my, zobaczy tylko trybuny, kilka tuneli i wysoki, kilkupiętrowy mur okalający cały teren. Trzeba przyznać, że spodziewaliśmy się czegoś więcej. I obawiamy się, że jadąc do Włoch, by zwiedzić tamtejsze koloseum też niemiło się zaskoczymy. Amfiteatr w Puli jest podobno w lepszym stanie, niż ten w Rzymie, a to rodzi przypuszczenia, że chyba jednak nie warto płacić horrendalnie wysokiej ceny za bilet wstępu do włoskiej perełki. Można zrobić sobie zdjęcie z zewnątrz i darować sobie wchodzenie na teren budowli, by nie zrazić się i pozostawić w głowie stworzony przez wyobraźnię obraz niemal idealnego miejsca, gdzie nie widać gruzowiska, a mury stoją nienaruszone.

W Puli nie brakuje zabytków architektonicznych z czasów Imperium Rzymskiego, dlatego warto poświęcić jakiś czas, by zwiedzić miasto. My trafiliśmy na m.in. Łuk Triumfalny czy grotę Herkulesa.

Noc w beach barze.

Po dłuższej przerwie ruszyliśmy w kierunku Rijeki. Ze względu na mocno górzysty teren postanowiliśmy nie dojeżdżać do tego miasta i nieco wcześniej zboczyć na prom na wyspę Cres. Oczywistym było, że tego dnia nie uda nam się dotrzeć do portu, ponieważ odległość pomiędzy Pulą i Rijeką jest zbyt duża. Odszukaliśmy kemping w Duga Uvala. Był nieco za bardzo oddalony od naszej drogi, niemniej postanowiliśmy odsapnąć w cywilizowanych warunkach nad brzegiem morza. Niestety, na miejscu okazało się, że kemping zaczyna działać dopiero od czerwca i nie ma możliwości wcześniejszego rozbicia namiotu. Właścicielka obawiała się kontroli i konsekwencji prowadzenia biznesu poza sezonem. Po kilku minutach negocjacji zarządziliśmy odwrót i odszukaliśmy na czubku klifowego wybrzeża nieczynny beach bar. Wiata która zapewne w sezonie pełni rolę minibaru, na tę noc stała się dla nas schronieniem. Całą noc fale rozbijały się o skalisty brzeg. Z początku wywoływały u nas wrażenie, że nie jesteśmy sami, by następnie stać się swego rodzaju kołysanką, których dźwięk powoli powodował opadanie naszych powiek. Zasnęliśmy.

Kolejnego dnia wstaliśmy wcześnie, nieco przybici przykrą niespodzianką ubiegłego wieczora i perspektywą długiego podjeżdżania tego, co kilka godzin wcześniej z radością zjechaliśmy. Musieliśmy wrócić na główną drogę, by dojechać na prom.

Kamienista ścieżka. Stromy podjazd.

Trasa okazała się mordęgą. Nawigacja wyznaczyła najkrótszą możliwą trasę, która początkowo dawała jako takie wrażenie, że szybko dotrzemy do celu. Im dalej jednak jechaliśmy tym bardziej orientowaliśmy się, że algorytm aplikacji nie bierze pod uwagę faktu, że jesteśmy rowerzystami, których pojazdy wraz z bagażem ważą po 35-40 kg. Zwieńczeniem totalnego nieporozumienia między nami a nawigacją była w okolicach Plomin Luka nachylona 45 stopni w dół ścieżka, którą ktoś utwardził ostrymi kamieniami wielkości dłoni. Sprowadzenie rowerów zajęło nam około dwóch godzin. Musieliśmy uważać, by nie przebić po raz kolejny dętek. Awaria na trasie mogłaby bardzo opóźnić dotarcie do promu.

Kiedy dotarliśmy do ujścia rzeki, okazało się, że droga w górę jest podobnie nachylona co ta, którą właśnie zeszliśmy. Całe szczęście była wyasfaltowana, więc wysiłek był ciut mniejszy. Mimo to na górę dotarliśmy zgrzani i czerwoni na twarzy. Stamtąd ruchliwą drogą dostaliśmy się na szczyt klifu na końcu zatoki. Zobaczywszy widok jaki stamtąd się rozciągał, przypomnieliśmy sobie, że czasami warto się pomęczyć.

Tuż przed promem.

Jednak by zbyt kolorowo nie było droga pozostała do promu nie odbyła się bez niespodzianek. Kilometr przed portem dętka, którą łataliśmy w Piranie puściła. Nie wiadomo czy od temperatur czy prędkości, jaką osiągnęliśmy na zjeździe do morza? Było za to pewne, że na ostatnie połączenie na Cres nie zdążymy. Nie śpiesząc się już, rozpoczęliśmy naprawę. Po wymianie dętki dotarliśmy do morza. Tuż przy nabrzeżu znajdował się niewielki bar dla oczekujących na swoje połączenie.  Postanowiliśmy przenocować pod jego już zamkniętymi drzwiami. O 6.45 mieliśmy pierwszy prom.

Pierwsze chwile na wyspach.

Rano byliśmy w nieco lepszych nastrojach po wieczornej wpadce. Obawy, że ktoś nas okradnie czy wyrzuci spod baru okazały się bezpodstawne. Jednak nadal zmęczenie dawało się we znaki. Ale według nawigacji mieliśmy przejechać tylko około 40 km, więc byliśmy dobrej myśli.
Rzeczywistość okazała się zgoła inna. Jadąc z portu musieliśmy się wspiąć na 450 metrów (licząc od poziomu morza). Po serii krótkich podjazdów i odpoczynków dotarliśmy na przełęcz przed Predošćicą. Mogliśmy pozwolić sobie na dłuższą przerwę z widokiem na Krk, wschodnie wybrzeże Półwyspu oraz dosyć odległą Rijekę. Tutaj też zatrzymywały się niemal wszystkie autobusy z turystami, samotnie podróżujący własnymi samochodami czy motocyklami. Widok wokół wręcz zniewalał. Nie da się opisać uczucia, jakie towarzyszy podczas spoglądania na ogromną przestrzeń, jaka się przed nami otworzyła.

Kilka chwil na Krk.

Do promu na Krk, pozostało drugie tyle co już pokonaliśmy. Dlatego ruszyliśmy dalej by nie być skazanymi na ponowny nocleg gdzieś na dziko. Marzył się nam prysznic i normalna toaleta oraz brak konieczności zrywania się z rana. Tym razem na prom zdąrzyliśmy bez przeszkód. Ze statku pozostało już około 4 km na kemping.

Krk okazał się bardziej płaski niż jej poprzedniczka. Zarządziliśmy postój. Musieliśmy odpocząć przed dalszą podróżą. Niedaleko naszego kempingu znajdowała się jedna z piękniejszych zatoczek jaką kiedykolwiek widzieliśmy. Na skalistym wybrzeżu znaleźliśmy kilka większych i płaskich głazów na których mogliśmy się rozłożyć. Woda była tak przeźroczysta, że widzieliśmy dno będące ponad dwa metry pod jej taflą. Trudno było nie odczuwać radości pływając i nurkując z mniejszymi czy większymi rybami, które nawet nie myślały, by uciekać, gdy zbliżaliśmy kamerę.

Droga do Rab.

Po kilku dniach zyskaliśmy nowe siły. Udaliśmy się z powrotem na przystań promową w Valbiska by stamtąd popłynąć na wyspę Rab. Zastanawialiśmy się, czy po zjechaniu na kontynent nie udać się przy okazji na Jeziora Plitwickie. Słyszeliśmy o tym niezwykłym i malowniczym zakątku nieopodal granicy z Bośnią i Hercegowiną. Sprawdziliśmy mapę i od razu zrezygnowaliśmy z jazdy tam rowerem. Okazało się, że aby tam się dostać, potrzebowalibyśmy przynajmniej trzech dni. Na naszej drodze było bowiem spore pasmo górskie, które co prawda oferowało drogę na drugą jego stronę, ale znajdującą się na wysokości 1450 m n.p.m. Wiedząc jak ciężko było na wyspie Cres, postanowiliśmy odpuścić sobie tą wątpliwą przyjemność i udać się tam autobusem z Zadaru. Tymczasem musieliśmy się dostać najpierw do tego miasta.

Seria niefortunnych zdarzeń.

Upatrzyliśmy kolejny prom, z miasta Rab na wyspę Pag. Na miejscu okazało się jednak, że połączenie dla ruchu pieszego jest możliwe jedynie co kilka dni. Postanowiliśmy nie marnować czasu i biorąc pod uwagę, że zegar wskazywał godzinę 13.00, przejechać na drugi koniec wyspy. Stamtąd mieliśmy przepłynąć na kontynent, by po kilku kilometrach drogą morską dostać się na Pag. Plan doskonały, a trasa niezbyt wymagająca. Do przejechania zostało około 10 km, odpoczęlibyśmy na statku i moglibyśmy ruszyć dalej na któryś z kempingów. Wszystko wspaniale, ale podczas wyjazdu z Rab zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Osobiście niezbyt wierzymy w siły wyższe i przeznaczenie, ale to co wydarzyło się później stanowczo kazało nam zacząć rozważać ich istnienie.

Jeszcze będąc w obrębie miasteczka Agata została ukąszona przez dziwnego owada, a ranka zaczęła puchnąć. Nie był to jednak powód, by przerywać jazdę. Nieco dalej, po kilku kilometrach, spotkaliśmy parę Niemców. Podczas rozmowy dowiedzieliśmy się, że płynęli niezbyt dużym statkiem na wyspę Pag właśnie z miasta, które opuszczaliśmy. Twierdzili, że nie był to prom, ani też taksówka (którą oczywiście postanowiliśmy sprawdzić, nim kompletnie odrzucimy możliwość pokonania drogi wodą). Zapłacili około 70 kun, co było znacznie korzystniejszą ofertą niż proponowana przez prywatnych przewoźników. Zachęcali nas, byśmy wrócili do portu i poszukali owej łodzi. Cóż było robić. Jeśli istniał choć promyk nadziei, chcieliśmy z niego skorzystać.
Niestety, po spędzeniu kolejnej godziny na przystani, okazało się, że wszystkie informacje, jakie spotkana para nam przekazała, pasują jedynie do przewoźnika, który pływa tylko w niektóre dni, a na to czekać nie chcieliśmy. Nieco zawiedzeni ruszyliśmy znów na drogę wyjazdową.

Kiedy już zbliżaliśmy się do miejsca uprzedniego spotkania, w Agaty rower uderzył ptak. Stwierdziliśmy, że jeśli za chwilę pęknie nam dętka, to będzie już stanowczy znak, że mamy w miasteczku zostać i poczekać na prom. I co? Nie minęło pół minuty, gdy opona w jednym z rowerów zaczęła puszczać powietrze. Poważnie się wystraszyliśmy. Zjechaliśmy na czyiś podjazd i łatając dziurę w dętce rozważaliśmy, czy warto jest ryzykować dalszą jazdę. Baliśmy się, że los może nas wystawić na kolejną, tym razem jeszcze cięższą próbę. Nie chcieliśmy skończyć pod kołami jakieś ciężarówki. Zarezerwowaliśmy pokój niedaleko centrum Rab i tam postanowiliśmy przeczekać złą passę.

W stronę Pag.

Po niemiłej przygodzie i serii dziwnych zdarzeń, z pewną obawą pojechaliśmy rano w stronę portu. Zastanawialiśmy się nadal, czy przeznaczenie ma dla nas inny plan i czy w ogóle wydostaniemy się z wyspy.
Wszelkie złe myśli rozwiał jednak statek, który pojawił się w porcie o odpowiedniej godzinie. Po załadowaniu rowerów na pokład wiedzieliśmy już, że tak miało być. Mieliśmy przeczekać jeden dzień i na Rab dostać się konkretnie tym statkiem.

Księżycowy Pag.

Trzy kwadranse później dopłynęliśmy do brzegu i północnego skraju wyspy Pag. Ta okazała się być znacznie bardziej surowa od swoich poprzedniczek, które przejechaliśmy. Zewsząd otaczały Nas skały i gruzowiska. Próżno było szukać na trasie większych drzew. Poza wioskami, gdzie gaje oliwne zostały wyraźnie spreparowane przez człowieka, pobocza drogi oferowały przeważnie niskie krzewy… i wszędobylskie mury. Co ciekawe stanowią swego rodzaju pamiątkę kulturową, która jest mocno pielęgnowana. W ich obrębie do dnia dzisiejszego spotkać można stada owiec. Gdy tych nie ma, kamienne linie wyznaczają granicę między ziemiami. Na całej wyspie murów naliczono około 1000 km.
Dojechawszy do miejscowości Novalja, doznaliśmy szoku. Miasteczko jest czołową imprezownią i zewsząd ściągają do niej młodzi, chcąc bawić się całą dobę. Traf chciał, że trafiliśmy na wigilię dużej imprezy, otwierającej sezon. Gdzie nie spojrzeliśmy tam były chmary ludzi. Czym prędzej oddaliliśmy się w kierunku miasteczka Pag.

Ze względu na lejący się z nieba żar postanowiliśmy przerzucić się na jazdę wieczorną.  Przeczekaliśmy dwie godziny w cieniu i ruszyliśmy dalej. Do Pag dotarliśmy około 20.30. Nie chcąc marnować czasu ruszyliśmy dalej, ku południowemu krańcowo wyspy. Uznaliśmy, że tą wyspę potraktujemy mocno tranzytowo i po prostu przejedziemy bez dłuższego zatrzymywania się. Chcieliśmy dojechać do Zadaru możliwie jak najprędzej. Zbliżał się weekend i obawialiśmy się, że sporo turystów może zechcieć odwiedzić Jeziora Plitwickie, do których planowaliśmy udać się właśnie z tego miasta. Chcąc uniknąć tłumów musieliśmy zdążyć przed piątkiem. Pomimo zmęczenia i późnej godziny jechaliśmy dalej. Chcieliśmy maksymalnie zbliżyć się do miasta, choć wiedzieliśmy, że jego granic tego dnia nie zdołamy już przekroczyć. Około godziny 23.00 przejechaliśmy most Paški, łączący wyspę z kontynentem. Nieco żałowaliśmy, że dotarliśmy do niego w nocy. Widzieliśmy na zdjęciach, że warto się tam zatrzymać i uchwycić jego konstrukcję. Teraz musieliśmy zadowolić się jedynie jego zarysem w świetle księżyca, który tej nocy dosyć jasno świecił. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów, zjechaliśmy na jeden z kempingów. Mieliśmy kilka godzin na przespanie się i zebranie sił.

Znów kontynent.

Kolejnego dnia, gdy tylko słońce zaczęło wychylać się zza horyzontu, złożyliśmy namiot i wyjechaliśmy na drogę. Pozostało już około 30 km do Zadaru. Choć musieliśmy pokonać kilka większych wzniesień, prędkość mieliśmy dosyć dobrą. Pod zarezerwowany wcześniej hostel dotarliśmy chwilę przed oficjalną godziną zameldowania. Mogliśmy nieco odsapnąć, a przede wszystkim skryć się w o wiele chłodniejszym miejscu. Przeczekaliśmy, aż temperatura nieco spadnie i udaliśmy się na spacer po okolicy. A oglądać jest co. Będąc w Zadarze warto udać się na nadmorski deptak. Można tam nie tylko odsapnąć chwilę w jednej z wielu restauracyjek i podziwiać wynurzające się z morza podłużne wyspy. Atrakcją czołową w mieście są wodne organy, które są jedynymi w swoim rodzaju. Dźwięk wydobywający się z kilkudziesięciu otworów na ziemi stworzony jest przez uderzające o brzeg fale. Powietrze wtłaczane wtedy w tuby tworzy niezwykłe kompozycje. I pomimo tego, że melodia nie ma jakiegoś większego ładu i składu, chwila spędzona przy organach daje uczucie mistyczności.

Jeziora Plitwickie.

Rano udaliśmy się na dworzec autobusowy i po chwili już jechaliśmy nad Jeziora Plitwickie. Te okazały się piękniejsze niż je sobie wyobrażaliśmy. Zrobilibyśmy ogromny błąd gdybyśmy je pominęli. Niezliczona ilość wodospadów i kaskad zrobiła na nas ogromne wrażenie. Spędziliśmy nad nimi tak dużo czasu – podziwiając niezwykłe dzieło natury – że zrezygnowaliśmy z popołudniowego autobusu. Zdecydowaliśmy się skorzystać z wieczornego kursu by nie biegać po terenie parku z wywieszonym językiem i móc delektować się pięknem okolicy. Później okazało się, że na autobus powrotny do Zadaru niemożliwe jest już zarezerwowanie biletu. Obawiając się o brak innej możliwości transportu zaczęliśmy łapać stopa. Niestety trudno jest złapać coś na większą odległość, a tym bardziej z Plitwic do Zadaru. Spędziliśmy kilkadziesiąt minut na przystanku, nim zrezygnowani wybraliśmy opcję dojechania do kolejnej większej miejscowości, gdzie bus do Zadaru się zatrzymuje. Chcieliśmy mieć w razie niepowodzenia możliwość znalezienia jakiegokolwiek innego autobusu, który pozwoliłby zbliżyć się choć odrobinę do celu. Po ponad godzinie doczekaliśmy się i autokar pojawił się na horyzoncie. Szczęście dopisało – pomimo braku biletów w sprzedaży internetowej, kierowca miał jeszcze kilka wolnych miejsc. Około godziny 3.00 byliśmy z powrotem w swoim pokoju. Śmialiśmy się, że na dobrą sprawę zapłaciliśmy jedynie za bezpieczne przechowanie rowerów.

Wodospadów ciąg dalszy.

Po przespaniu się ruszyliśmy dalej. Przed Nami był Šibenik oraz pobliskie wodospady w Parku Krka.  Niedospani dowlekliśmy się na kamping nieopodal wejścia do parku. Dojechaliśmy do niego późnym wieczorem, pobijając po drodze rekord odległości na tej wyprawie – po raz pierwszy przejechaliśmy 90 km w czasie jednego dnia – a także nabijając na licznik 1900 km przed samym zakończeniem jazdy.
Kiedy odespaliśmy nieco brak snu z wcześniejszej nocy, po południu ruszyliśmy na wodospady.

Kąpiel w wodospadzie.

Te okazały się mocno inne od tych widzianych dzień wcześniej. W porównaniu do Plitwickich, Krka przypominały bardziej las deszczowy. Było bardziej zielono oraz jakoś tak ciaśniej. Wybraliśmy krótszą trasę i zwieńczyliśmy ją kąpielą pod wodospadem. Było to niezwykłe doświadczenie i niekiedy mrożące krew w żyłach. Nurt w pobliżu kaskady był tak silny, że trudno było się utrzymać w jej pobliżu. Pikanterii dodawały widoki podwodnych formacji skalnych pomiędzy którymi pływały ławice ryb. Dodatkowo przy wodospadach Krk znaleźliśmy się przez sezonem i po godzinach szczytu,dzięki czemu ten naturalny basen mieliśmy niemal na wyłączność.

 

Zjeżdżając z okolic Parku Krka następnego dnia zahaczyliśmy jeszcze o katedrę św. Jakuba w Szybeniku. Jest to piękna budowla z jasnego kamienia, które w pełnym słońcu potrafi odbić promienie i oślepić człowieka, a jej wnętrze robi ogromne wrażenie. Na dodatek jest wpisane na listę UNESCO, a to już mówi samo przez się o jego wartości.

Trogir.

Spod niej pojechaliśmy dalej w kierunku Trogiru. Odległość była jednak zbyt duża by tego dnia pokonać ją w całości. Zatrzymaliśmy się w połowie drogi, w Rogoznicy, by z samego rana wyruszyć dalej. Do Trogiru dotarliśmy w miarę wcześnie. Z racji zbliżających się wielkimi krokami naszych urodzin, zdecydowaliśmy się zostać w tym mieście dłużej. Stare miasto jest wpisane na listę UNESCO, więc szkoda byłoby odpuścić sobie przyjrzenia się nieco dokładniej jego zabytkom.

Pałac-miasto.

Po zwiedzeniu murów, katedry św. Wawrzyńca i wydeptaniu nadmorskiego deptaku, swe rowery skierowaliśmy dalej, w kierunku Splitu. Mieści się tam niezwykła budowla czy raczej kompleks kamienic, którego całość składała się na Pałac Dioklecjana. Pałac niegdyś budził ogromny zachwyt. Według informacji, które udało się Nam znaleźć, pałac był zamieszkiwany jedynie przez Dioklecjana oraz liczną armię, która miała bronić pałacu w razie napaści. Ostatecznie upadł pod naciskiem sił barbarzyńskich wojsk, które zniszczyły większą część kompleksu. Pozostałości jednak nadal po dziś dzień robią wrażenie. No i są wpisane na listę UNESCO. Na terenie pałacu warto zobaczyć m.in. katedrę św. Duje, gdzie niegdyś znajdowało się mauzoleum Dioklecjana; wejść na wieżę by przekonać się o ogromie jego posiadłości, których obręb wyznaczają wyraźnie dawne mury. Nie brakuje również wielokulturowych nawiązań do wszelkich stylów architektonicznych. Można przyjrzeć się oryginalnemu, starożytnemu posągowi sfinksa czy rzymskim kolumnom.

Kiedy już wielokrotnie zgubiliśmy się w labiryncie kamienic, postanowiliśmy udać się na prom, którym mieliśmy dostać się na wyspę Hvar. Podczas podróży przez Chorwację bardzo polubiliśmy ten sposób podróżowania. Jest to doskonały sposób, by nieco przyśpieszyć i pokonać znaczną odległość, a przy okazji rozmarzyć się przyglądając nie tak odległym chorwackim wyspom czy samu kontynentowi.

Na wyspę Hvar.

Dwugodzinny rejs zakończyliśmy w miejscowości Stari Grad, skąd niemal natychmiast, uciekając przed drobnym deszczem skierowaliśmy się do Jelsy. Tam zarezerwowaliśmy nocleg. Poranek rozpoczęliśmy od dosyć sporego, 400-metrowego podjazdu. Gdy byliśmy jednak na jego końcu, wokół ukazał się wspaniały widok na okolicę. Spoglądając na wysokie pasmo gór na kontynentalnej część Chorwacji, wiedzieliśmy, że podjęliśmy słuszną decyzję co do wyboru trasy.

Gdy dotarliśmy do Sucuraj, postanowiliśmy zrobić sobie dłuższy odpoczynek. Zatrzymaliśmy się przy przystani skąd obserwowaliśmy jak kolejne statki wypływają w morze.

Coraz bliżej granicy.

W końcu jednak przyszedł czas i na nasz rejs. Pół godziny później byliśmy w Drveniku i bez dłuższego zastanowienia ruszyliśmy dalej na południe. Postanowiliśmy wypatrywać miejsca na nocleg, zbliżając się możliwie najbardziej do granicy z Bośnią i Hercegowiną. Traf chciał, że jadąc musieliśmy zmieniać dętkę, bo po raz kolejny ta się przetarła od ostrych boków taśmy ochronnej. Prawda, że ironiczne!? Niemniej, awaria kosztowała nas kilkanaście minut i ostatecznie ruszyliśmy dalej, kiedy słońce zaszło. Po ciemku znaleźliśmy kemping w Baćińskiej Jezeri. Bliżej granicy nie dalibyśmy rady już dojechać.

Niepewność przed wyjazdem.

Następnego dnia, nim wyjechaliśmy na drogę wjazdową do Bośni i Hercegowiny, spotkaliśmy grupkę motocyklistów z Polski. Spędziliśmy kilkadziesiąt minut na wymianie poglądów co do trasy, pogody czy zwyczajnie dzieląc się swoimi opowieściami. Dowiedzieliśmy się, że na motocyklach pokonają mniej więcej tą samą trasę co my, ale w drugą stronę. Gdy powiedzieliśmy im o swojej dotychczasowej drodze i zapewniliśmy, że przez ponad miesiąc nie widzieliśmy porządnego deszczu, mężczyźni byli uradowani. Okazało się, że od kiedy wyjechali z Polski aż do dnia naszego spotkania, niemal codziennie walczyli z pogodą. Wjeżdżając do Chorwacji mogli wreszcie pozbyć się przeciwdeszczowych kurtek i skorzystać z ciepłego słońca na postojach. Zaczęliśmy obawiać się, czy i nas czeka walka o każdy kilometr podczas ulewnych deszczy, czy jednak zabierzemy pogodę ze sobą?

Mamy nadzieję, że ta nieco rozbudowana relacja przypadła Wam do gustu. Zachęcamy do dzielenia się swoimi opiniami poniżej w komentarzach lub na fanpage’ach EkstraMisji na Facebooku, Instagramie lub Twitterze. Udostępnijcie również tekst swoim znajomym.

Pamiętajcie, że możecie wesprzeć nas kupując koszulki w naszym sklepie lub wybierając którąś z opcji dostępną na Patronite. Z góry dziękujemy.

Obserwuj mnie na:
Follow by Email
Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Instagram