Niemal nie odczuliśmy zmiany państwa. Austriacką granicę moglibyśmy przekroczyć i nawet tego nie zauważyć. Może to przez to, że zarówno Czechy, jak i Austria posiadają dobrze przygotowane ścieżki dla rowerzystów? Niemniej, o tym, że wjechaliśmy na terytorium Austrii poinformowała nas tablica w biało-czerwonych barwach i charakterystycznym czarnym orłem.

Pierwsze wrażenie

To co rzuciło się nam w oczy po pokonaniu pierwszych kilometrów w nowym kraju to ogromna ilość ferm wiatrowych. Byliśmy zauroczeni widokiem dziesiątek wirujących olbrzymów. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że na kolejnych etapach podróży będziemy przeklinać ich obecność, która nieodłącznie wiązała się z dużym wiatrem. I to przeważnie wiejącym z południa na które przecież się kierowaliśmy.

500 km. Jeszcze dziesięć razy tyle…

Niedługo po opuszczeniu Czech trasa EuroVelo 9 poprowadziła nas do Altichtenwarth, gdzie na liczniku pojawiło się pierwsze 500 km. A więc zostało jeszcze przynajmniej dziesięć razy tyle. Po serii zdjęć z mapą okolicy ruszyliśmy w kierunku Wiednia.

Wiedeń

Dojazd do stolicy Austrii okazał się mocno męczący. Od rana było bardzo ciepło i wiał silny wiatr. Niemal cały dzień zajęło nam dotarcie do Wiednia z Poysdorfu, gdzie zatrzymaliśmy się na noc. Znaleźliśmy kemping, około dziesięciu kilometrów od centrum. Było późno, więc czym prędzej zasnęliśmy. Pobudka była wczesna. Znając ogrom miasta i naszą odległość od ścisłego centrum postanowiliśmy wyruszyć na trasę jak najszybciej. Przejechaliśmy przez znane nam ze zorganizowanego rok wcześniej, jednodniowego wypadu do Wiednia uliczki. Najbardziej zależało nam na zobaczeniu Pałacu Schönbrunn, położonego w znacznej odległości od innych, głównych atrakcji. Poprzednio, będąc pieszo nie zdecydowaliśmy się na dotarcie do tej perełki UNESCO. Tym razem czekała na nas jednak nieprzyjemna niespodzianka. Okazało się, że na teren ogrodów wjazd rowerów jest zakazany. Poirytowani – w końcu czym nasze dwa kółka różnią się od dziecięcych wózków, które nie zwracały uwagi strażników – wysłaliśmy na teren pałacu jednoosobową delegację. Druga osoba musiała zostać przy rowerach. Niestety posiadanie całego dobytku przy sobie wiąże się z koniecznością niejednokrotnie uważnego pilnowania wszystkiego. Szczególnie, gdy ma się do czynienia z jedną z największych atrakcji w kraju, do której ściągają turyści z całego świata.

Osiedla nad stawami

Było dostatecznie wcześnie, więc postanowiliśmy opuścić Wiedeń i możliwie jak najdalej posunąć się na południe. Wypatrzyliśmy kemping w miejscowości St. Veit an der Triesting. Okazało się, że trafiliśmy na coś w rodzaju prywatnych działek z domkami letniskowymi lub przyczepami ustawionymi na stałe ulokowanymi wokół niewielkiego stawu. Trzeba uważać podczas wyszukiwania miejsc pod namiot, gdyż takich tworów jest w Austrii wiele. Funkcjonują jako kempingi ale są droższe od faktycznych pól namiotowych. Trzeba liczyć się z tym, że kraj nie ma dostępu do morza, więc niemal wszystkie większe zbiorniki wodne otacza się tutaj z każdej strony domkami. Gorzej, gdy takie “osiedla” są zamknięte dla osób z zewnątrz i nie jest możliwe nawet rozbicie namiotu.

Noc w ambonie strzeleckiej

Rankiem udaliśmy się w dalszą podróż. Czekało nas spore przewyższenie (choć z perspektywy czasu, ilości pasm górskich i przejechanych kilometrów wydaje się niczym szczególnie męczącym). Gdy do niego dojechaliśmy, zbliżał się wieczór. Zmęczeni, nie mając chęci do dalszej jazdy postanowiliśmy znaleźć miejsce na nocleg. Mieliśmy tego dnia już 70 km. Z pomocą przyszła nam ambona strzelecka znajdująca się na granicy lasu, na niewielkim wzgórzu nieopodal miejscowości Mönichkirchen. Z daleka wydawała się ogromna, z bliska okazała się niemal mikroskopijna. Jak zmieścić dwie osoby, cztery duże sakwy i dwa mniejsze tobołki na powierzchni o wymiarach 1×1,5 m? Ze znalezionych wewnątrz desek stworzyliśmy półki na bagaże, a sami, kuląc nogi ułożyliśmy się na podłodze. Może pozycja embrionalna nie była wyjątkowo wygodna, ale udało się nam nieco odpocząć i rankiem (kiedy rozprostowaliśmy odrętwiałe kończyny) mogliśmy ruszać dalej.

Dalsza droga była jeszcze bardziej wymagająca od tej z dnia poprzedniego. Wschodni kraniec Alp okazał się o wiele bardziej górzysty niż się tego spodziewaliśmy. Wznosząc się i opadając pokonywaliśmy bardzo wolno kolejne kilometry. Gdy dojechaliśmy do Mönichkirchem na liczniku mieliśmy siedem kilometrów. Sprawdziliśmy godzinę. Co?! Trzy godziny zajęło nam pokonanie takiego odcinka?! Niewiarygodne! Zdruzgotani znaleźliśmy sklep i zjedliśmy pierwszy posiłek tego dnia. Po zjedzeniu sporego bochenka chleba, wypiciu jogurtów i napojów energetycznych – czym wywołaliśmy niemałe zainteresowanie wśród mijających nas mieszkańców – odzyskaliśmy siły. Na dodatek wystarczyło pokonać kilkaset metrów by rozpocząć serię dłuższych zjazdów. Te austriackie są nieprawdopodobnie piękne i długo ich nie zapomnimy: droga wije się zboczami i dolinami, a wokół otaczają podróżnika wysokie góry. Jedna z nich, Klosterwappen (2079 m n.p.m.) towarzyszyła nam już drugi dzień. Kochamy góry i jazda wśród nich – nawet gdy poprzedzona jest długim podjazdem – zawsze wywołuje w nas uczucie motylków w brzuchu.

Po południu dotarliśmy do Hartberg. Mieliśmy już jechać w stronę upatrzonego kempingu, jednak postanowiliśmy zrobić zdjęcie zabudowań rynku i nieco odsapnąć. Usiedliśmy i nie minęło pięć minut, gdy podszedł do nas mężczyzna. Spytał czy podróżujemy na rowerach, skąd jesteśmy i dokąd jedziemy? Jesteśmy przyzwyczajeni do tego typu pytań bo wielokrotnie byliśmy zaczepiani przez obcych, zaciekawionych widokiem naszego dobytku przytroczonego do bagażników. Tym razem jednak mężczyzna zaczął wypytywać gdzie śpimy i czy nie chcielibyśmy skorzystać z jego gościnności. Początkowo nieufnie potraktowaliśmy jego propozycję. Był co prawda schludnie ubrany i sprawiał wrażenie przyjaznego, ale mimo wszystko był obcy. Wyjaśnił nam, że kilka dni wcześniej spotkał  w tym samym miejscu innych rowerzystów i postanowił kolejnych podróżników na dwóch kółkach zaprosić do domu by pokazać żonie i dzieciom jak można zwiedzać świat. Totalnie zaskoczeni postanowiliśmy się zgodzić.

W domu Antona, bo tak miał na imię nasz gospodarz zastaliśmy żonę, czwórkę dzieci i babcię. Podzieliliśmy się swoimi najciekawszymi przeżyciami z dotychczasowych podróży, oni opowiedzieli o swoich. W miłej atmosferze spędziliśmy wieczór, a noc mogliśmy spędzić pierwszy raz od dwóch tygodni w prawdziwym, wygodnym łóżku.

Kolejnego dnia planowaliśmy dojechać do Graz, drugiego największego miasta w Austrii. Jednak już po kilku kilometrach zorientowaliśmy się, że nasze mięśnie coraz gorzej radzą sobie z trasą. Musieliśmy zmienić plany i wybrać najbliższy kemping w Pfarrkirche Stubenberg am See. Planowaliśmy zostać tam na dwie noce, by ciało mogło się odrobinę zregenerować. Barierą psychologiczną okazała się jego cena – 100 zł za dzień. Nie mieliśmy jednak wyjścia. Nasze ciało mówiło stanowcze nie dalszej jeździe i musieliśmy “zakończyć dzień” tuż przed południem. Nie był to jednak dzień stracony. W drodze na upatrzony kemping, w miejscowości Hofkirchen licznik wskazał 800 km. Byliśmy szczęśliwi widząc jak pokonana odległość rośnie każdego dnia a kolejne setki pojawiają się w krótkich odstępach czasu.

Po opuszczeniu kempingu nadal nie czuliśmy się w pełni sił. Dlatego totalnie odpuściliśmy sobie myśl o dotarciu do Graz tego dnia. Chcieliśmy jednak zbliżyć się do niego chociaż odrobinę. Znaleźliśmy inny kemping i do niego postanowiliśmy dojechać.

Na miejscu okazało się, że jest to pole kempingowe dla naturystów. Cóż począć – podróż to wszak zbieranie nowych doświadczeń – mamy odpuścić nocleg bo trzeba ściągnąć bieliznę? Zgodziliśmy się na warunki i mogliśmy rozbić namiot. Traf chciał, że w tym czasie aura nie sprzyjała chodzeniu nago, a i wczasowiczów było niewielu. Był dopiero początek maja i do sezonu daleko. Bez większego skrępowania mogliśmy więc korzystać z naszej odzieży bez obaw, że urazimy czyjeś poglądy.

Spokój jaki tam panował i stosunkowo niska cena (jak na Austrię), sķłoniły nas do pozostania u naturystów na jeszcze jeden dzień. Mogliśmy odrobinę odpocząć przed “zaatakowaniem” Graz.

Sam dojazd do drugiego najwięlszego miasta Austrii okazał się trudny i wielokrotnie zastanawialiśmy się czy nie zawrócić i odpuścić. Jednak kiedy dotarliśmy do Graz myśli te odeszły w niepamięć i przekonaliśmy się, że warto było się męczyć. Miasto przypadło nam do gustu o wiele bardziej niż Wiedeń. Turystów nie było tak dużo, a samochody nie utrudniały nam jazdy w takim stopniu jak w stolicy. Graz okazał się dużo spokojniejszy i być może to wpłynęło na naszą opinię. Dodatkowo w niektórych momentach przypominało nam Kraków w którym spędziliśmy ostatnie trzy lata.

Zwiedziliśmy wpisaną na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO starówkę, kościół św. Idziego oraz wdrapaliśmy się na wzgórze, z którego roztacza się panorama na cały Graz. Odwiedziliśmy również arsenał w którym zgromadzono największą na świecie ilość broni. Następnie zjechaliśmy do rzeki Mur na której stworzono futurystyczną kładkę dla pieszych. Nieopodal mieści się również Muzeum Sztuki kształtem przypominającą… nerkę.

 

Postanowiliśmy nie zostawać w Graz na noc. Pomimo późnej pory zdecydowaliśmy się pojechać ścieżką rowerową “Murradweg” stworzoną wzdłuż rzeki. Miała nas poprowadzić łagodnie do samej granicy ze Słowenią. Szkoda było nie skorzystać. Droga była przyjemna i pozwalała osiągać miejscami nawet ponad 30 km/h. W stosunkowo krótkim czasie dotarliśmy do Spielfeld.

Na miejscu okazało się, że wbrew oczekiwaniom i wskazaniom nawigacji w przygranicznym miasteczku nie ma kempingu. Baliśmy się jednak spać na dziko. W wiadomościach oglądanych jeszcze w domu Antona widzieliśmy reportaż spod granicy, ukazujący zasieki, wysokie płoty i uchodźców starających się dostać się ze Słowenii do Austrii. Woleliśmy uniknąć ewentualnego spotkania z którymś z nich albo tłumaczenia policji lub straży granicznej, że nie przekroczyliśmy nielegalnie granicy i nie jesteśmy uchodźcami. Postanowiliśmy wrócić kawałek do innego kempingu.

Następnego dnia, po ponad tygodniu, przyszła pora by opuścić Austrię. Ta pożegnała nas dosyć ozięble: widokiem opuszczonego obozu tymczasowego dla uchodźców, wysokim, częściowo zniszczonym płotem z drutem kolczastym i betonowymi barykadami. Mieliśmy lekkie obawy i czuliśmy niepokój widząc taką granicę. Czy będzie bezpiecznie? A co gdyby…?

Tego dowiecie się czytając kolejną część poświęconą Słowenii. Tymczasem zapraszamy do śledzenia naszych przygód na Facebooku (@EkstraMisja) i Instagramie (@EkstraMisja.pl) gdzie pojawiają się każdego dnia streszczenia minionych dni.

Zapraszamy również do wspierania EkstraMisji za pośrednictwem platformy Patronite lub kupując gadżety w sklepie. Bardzo to nam pomaga w realizacji założeń wyprawy. Z góry rzecz jasna dziękujemy.

Obserwuj mnie na:
Follow by Email
Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Instagram