Obawa przed nieznanym

Pomimo małego niesmaku jaki pozostał po ujrzeniu obwarowanej granicy austriacko-słoweńskiej czas było ruszyć przez kolejny kraj. Czuliśmy z jednej strony radość, bo w końcu opuściliśmy nieco za drogą Austrię oraz zaczęliśmy nowy kraj o którym niewiele do tej pory słyszeliśmy i wiedzieliśmy. Z drugiej obawialiśmy się o bezpieczeństwo na drodze. Wiadomości przedstawione w telewizji austriackiej były dosyć negatywne i nie nastrajające pozytywnie.

Szybko przekonaliśmy się jednak, że Słowenia jest niemal takim samym krajem jak każdy inny dotychczas przez nas odwiedzony.

Kilka nocy w Maribor

Na nasze nieszczęście na tym odcinku również niewiele się zmieniło pod względem górzystości. Po serii dosyć sporych i wykańczających podjazdów dotarliśmy do Maribor. Tutaj postanowiliśmy zatrzymać się na dwie noce, jednak po tym czasie nadal nie czuliśmy się wypoczęci. Bądź co bądź Alpy, choć nie te najwyższe – wyciągnęły z nas sporo sił. Zostaliśmy finalnie na jeszcze jedną noc. Dodatkowo trafił się nam bardzo przyjemny kemping z troskliwym i zaangażowanym właścicielem. Co jakiś czas przychodził i pytał czy czegoś nam nie potrzeba, a kiedy zbliżała się burza i nie było nas w tym czasie na kempingu, schował nasze pranie. Takich właścicieli nie spotkaliśmy od Sighnaghi w Gruzji, ani na dalszych etapach podróży. Bardzo miło wspominamy tego pana.

Spiczaste wierzchołki

Z Maribor skierowaliśmy swe rowery ponownie na EuroVelo 9. Po pewnym czasie dotarliśmy do Celji, trzeciego największego po Lublanie i Maribor miasta. Traf chciał, że wszystkie trzy znajdowały się na naszej trasie i każde odwiedziliśmy. W Celje zdecydowaliśmy się zobaczyć ruiny Starego Grodu. Położony jest na wysokiej i stromej górze, a z jego murów roztacza się piękna panorama na miasto. Z wierzchołka widać było również niezwykłe spiczaste szczyty gór. Przywodziły na myśl dziecięce rysunki gór. Ich widok nas zauroczył. Choć sama “ekspozycja” zamku nie powalała, dla widoku krajobrazu warto było się wdrapać na szczyt.

Skrót, który skrótem nie był

Postanowiliśmy skrócić sobie drogę i zamiast EuroVelo 9 pojechać inną drogą. Okazało się, że ze względu na prędkość samochodów na niektórych odcinkach naszej trasy zakazany jest ruch rowerów. Chcąc nie chcąc zmuszeni byliśmy do zjazdu do pobliskich wiosek i szukania alternatywnej drogi. Skończyło się tym, że mając na liczniku 45 km w rzeczywistości oddaliliśmy się od Celji o 15. Zdemotywowani postanowiliśmy zatrzymać się i następnego dnia spróbować złamać zakaz i pokonać ten stosunkowo niewielki odcinek główną drogą. Spodziewaliśmy się, że z racji weekendu droga będzie ciut mniej ruchliwa – tak jak to miało miejsce we wcześniejszych krajach.

Ściana wody

Plan się powiódł. Szybko pokonywaliśmy drogę i coraz bardziej zbliżaliśmy do Lublany. Jednak po 15 km od wyruszenia, pogoda zaczęła się psuć. Postanowiliśmy jechać możliwie jak najdłużej i stanąć jeśli ulewa będzie naprawdę duża i uniemożliwiająca dalszą jazdę. Traf chciał, że właśnie takie oberwanie chmury nastąpiło po kilku minutach. Zobaczyliśmy przed sobą ścianę wody sunącą w naszą stronę. Zdążyliśmy zawrócić i na pełnym gazie cofnąć się do pobliskiej budki przystanku autobusowego, gdy wokół świat zniknął. Jakby ktoś odkręcił kurek i włączył prysznic. Pojawiły się również grzmoty i błyskawice, które dodawały grozy całej sytuacji. Szczęśliwi, że udało się uniknąć przemoczenia przesiedzieliśmy ulewę, która trwała około godziny. Tak przetrwaliśmy pierwsze tego dnia spotkanie z burzą.

Przerwa pod Lublaną

Kolejna dopadła nas gdy od Lublany dzieliło nas mniej niż 10 km. Na nieszczęście byliśmy oddaleni od wszelkich zabudowań. Po kilkudziesięciu minutach stania pod drzewem zorientowaliśmy się, że zaczyna ono przepuszczać coraz więcej kropli deszczu. Znaleźliśmy kawałek dalej prowizoryczną ambonę strzelecką z daszkiem. Tam przeczekaliśmy resztę ulewy.

Pomimo zmęczenia dotarliśmy do Lublany na tarczy. Odnieśliśmy tego dnia sukces – mieliśmy za sobą ponad 1000 km na liczniku.

Stolica

Stolica Słowenii przywitała nas piękną architekturą i niezdecydowaną pogodą. W przerwach pomiędzy opadami deszczu mogliśmy sobie pozwolić na zwiedzenie Lublany. A zobaczyć jest co. Można zobaczyć Sky Tower, swego czasu najwyższy budynek w Europie. Można przejść się Potrójnym Mostem. Wdrapać się lub wjechać kolejką na wzgórze zamkowe skąd roztacza się wspaniały widok na miasto. Nie brakuje atrakcji dla ciała i ducha. Lublana zaskoczyła nas swą nowoczesnością  w najmłodszych częściach miasta i klasyką w centrum. Tego miasta po prostu nie wolno przeoczyć.

Jaskiniowy raj

Ze stolicy postanowiliśmy udać się do Postojnej. Od dawna marzyliśmy by zobaczyć Jaskinię Postojną oraz Predjamski Gród. Słyszeliśmy o wyjątkowych podziemiach na Słowenii i jako miłośnicy jaskiń nie chcieliśmy ich odpuścić. O ile Predjamski Zamek Jaskiniowy zrobił na nas ogromne wrażenie – jest największym obiektem tego typu na świecie, o tyle Postojna wywołała u nas zachwyt. Wielkość grot, komnat i mnogość rozgałęzień sprawiła, że na Slowenię wrócimy z pewnością tylko po to by przyjrzeć się bliżej tylko jaskiniom.

Podziemny świat krasnoludów

Po południu wyjechaliśmy w kierunku Parku Skocjańskie Jaskinie. W porównaniu do Postojnej, Skocjańską odwiedza o wiele mniej turystów. Pomimo wpisania jej na Listę Dziedzictwa UNESCO wielu podróżującym po Słowenii zwyczajnie jest tam nie po drodze. A szkoda. My nie żałujemy, że zdecydowaliśmy się na przyjazd tam.

Widzieć na własne oczy przeogromną przestrzeń ukrytą pod ziemią i przywodzącą na myśl królestwo krasnoludów – Morię z “Władcy Pierścieni” J. R. R. Tolkiena – bezcenne. Najpewniej nigdy nie zapomnimy widoku podziemnego kanionu z rwącą rzeką.

A gdyby tak… do Włoch?

Swą podróż po Słowenii postanowiliśmy wzbogacić o… Włochy. Kusiła nas bliskość Triestu i Adriatyku. Traf chciał, że na wybrzeżu znaleźliśmy się dokładnie miesiąc po wyjechaniu z Brzegu. Takie jednodniowe zetknięcie z włoskim chaosem na drogach skutecznie zniechęciła nas póki co do ponownego odwiedzenia.

Niemniej, uzbrojeni w cierpliwość ruszyliśmy następnego dnia na podbój miasta. Wdrapaliśmy się na Costello di San Giusto skąd widok przekonał nas, że jesteśmy tam gdzie powinniśmy – nad Morzem Adriatyckim. Widok nie tak bardzo odległych Alp i błękit morza sprawił, że zapomnieliśmy o tym co złe i poczuliśmy ulgę, że podjazdy na jakiś czas sobie darujemy. Następnie udaliśmy się na plac przy Canale De Grande gdzie cumowały łódeczki a turyści szczelnie wypełniali okoliczne knajpki i restauracje.

Do Piranu

Długo nie zwlekaliśmy z wyjazdem z powrotem nad granicę ze Słowenią. Chcieliśmy w miarę szybko dotrzeć do Piranu, podobno jednego z piękniejszych nadmorskich miasteczek. Niestety, noc pozwoliła nam na dotarcie maksymalnie do Parku Krajobrazowego Strunjan na północ od Piranu. Tam postanowiliśmy się zatrzymać. Zmęczeni zasnęliśmy kiedy tylko przyłożyliśmy głowy do poduszek. Kolejny dzień rozpoczęliśmy bardzo wcześnie. Zarezerwowaliśmy nocleg w jednym z hosteli i chcieliśmy jak najszybciej z niego skorzystać. Marzyło się nam łóżko i wygodny prysznic.

Pierwsza awaria w pięknej scenerii

Po serii podjazdów i zjazdów dotarliśmy do Piranu. Zwiedziliśmy mury obronne otaczające dawniej miasteczko. Następnie udaliśmy się do malowniczo położonego kościółka na wysokim klifie. I tam, zaraz po zatrzymaniu się usłyszeliśmy głośne syknięcie a jeden z rowerów widocznie się obniżył. Zaskoczeni szybko ściągnęliśmy sakwy chcąc uniknąć dalszego ugniatania dętki przez rawkę. Pierwszy raz od trzech lat zdarzyła się nam tego typu awaria. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Szybko zmieniliśmy dętkę i pospieszyliśmy w stronę serwisu. Stacji benzynowych nie uświadczy się w tak małych miasteczkach a koło wymagało nieco większej ilości powietrza. Nasza niewielka pompka była stara i nadawała się jedynie do dopompowywania. Nie wyobrażaliśmy sobie, że po tylu kilometrach bez awarii, będzie nam potrzebna lepsza. Późniejsze etapy uświadomiły nas jak mocno się myliliśmy.

Kiedy już uporaliśmy się z naprawą udaliśmy się do hostelu. Zostawiliśmy bagaże i rowery i dołączyliśmy do zaskakująco małej ilości turystów. Miasteczko jest bardzo malowniczo położone a jego maleńkość ma w sobie coś uroczego. Trudno się nie zakochać w tych wąskich uliczkach, starodawnej zabudowie i widoku fal bijących o brzeg falochronu.

Czas na Chorwację

Następnego dnia udaliśmy się w stronę Poreča, pierwszej chorwackiej miejscowości na naszej trasie. Nim jednak zbliżyliśmy się do granicy, w pobliżu stawów solankowych pod Piranem strzeliła nam kolejna dętka, tym razem w drugim rowerze. Wtedy nie wiedzieliśmy, że nie tylko my czujemy pokonaną odległość. Nasze rowery, z niezmienionymi przed wyjazdem z Polski oponami zaczęły się zużywać, tracąc swoje antyprzebiciowe właściwości. Ale w swoim błędzie mieliśmy zostać utwierdzeni na chorwackiej ziemi. Teraz była to niewinna, choć niepokojąca awaria z którą w miarę szybko się uporaliśmy i pognaliśmy w stronę granicy.

Jak się okazało czekała nas tam pierwsza w czasie tej wyprawy kontrola paszportowa. Ale o tym w kolejnej części relacji z wyprawy Ekstra13. Już teraz zachęcamy do jej przeczytania. Ale nim się pojawi, zapraszamy do odwiedzenia profilu EkstraMisji na Facebooku (@EkstraMisja) oraz Instagramie (@EkstraMisja.pl) gdzie pojawiają się codziennie relacje z poszczególnych dni wraz ze zdjęciami. Zachęcamy do obserwowania tych profili. Dzięki temu nic was nie ominie.

Pamiętajcie, że możecie wesprzeć EkstraMisję i Nas kupując koszulki na sklepie lub zwyczajnie przelewając pieniądze za pośrednictwem platformy Patronite. Z góry dziękujemy za pomoc w realizacji marzeń.

Obserwuj mnie na:
Follow by Email
Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Instagram