Z radością zapraszamy na drugą część relacji z wyprawy Ekstra13. Tym razem opisujemy naszą drogę przez Czechy.

W Polsce byliśmy nieco krótko – musieliśmy dojechać do Nysy, skąd następnego dnia mieliśmy dotrzeć do Głuchołaz, by tam przekroczyć granicę z Czechami. Wyprawa Ekstra13 to podróż przez nie tylko Polskę, ale też dwanaście innych krajów. Zależało nam więc, by zacząć kolejny etap możliwie jak najszybciej.

Pierwsza setka

Zgodnie ze wskazaniami międzynarodowego szlaku rowerowego EuroVelo 9, mieliśmy skierować się do Mikulovic. Droga okazała się dosyć wymagająca – otaczające nas wzgórza upewniły nas tylko w przekonaniu, że dalej wcale nie będzie lepiej. Wznosiliśmy się, opadaliśmy i wznosiliśmy się niczym statki na wzburzonym morzu. Rok wcześniej mieliśmy sporo czasu, by przyzwyczaić się na nowo do rowerów, ich ciężaru (a jest niemały – z bagażem jeden waży 35, drugi 40 kg) i wymagań jakie stawiają przed nami podjazdy. Teraz, gdy już drugiego dnia rozpoczęliśmy wspinaczkę, nasze nierozruszane jeszcze mięśnie wołały o litość. Niemniej, byliśmy w dobrych humorach.

Pokonując kolejne kilometry o mały włos przeoczyliśmy cudowną granicę pierwszej setki na liczniku. Podobnie jak na poprzednich wyprawach, tak i teraz postanowiliśmy “celebrować” każde przejechane sto kilometrów. Może to trochę głupie, ale daje nam to poczucie, że poruszamy się wciąż naprzód. A to w późniejszych etapach jazdy – gdy morale opadają – jest bardzo ważne.

Sami na kempingu

Pierwszy dzień podróży przez Czechy zakończyliśmy w Bobrowniku, na opustoszałym kempingu. Wyraźnie było widać, że sezon jeszcze się nie rozpoczął. Mieliśmy pewne obawy, czy wytrzymamy noc w namiocie. Było ledwo kilka dni po połowie kwietnia. Swoje namiotowe nocowanie rozpoczynaliśmy najwcześniej koło połowy czerwca. Teraz mieliśmy sprawdzić, czy nie zamarzniemy i czy decyzja o pozostawieniu grubszych śpiworów w domu była słuszna?

Następnego dnia okazało się, że owszem, wytrwaliśmy. Jednak ze względu na ból mięśni, spowodowany większym niż zwykle wysiłkiem z dnia poprzedniego, postanowiliśmy “odchorować” go bez wyruszania w dalszą drogę. Prócz tego, że Ekstra13 to dosyć ambitny projekt, to również jest wyjazd wypoczynkowy. Nie było więc sensu, by nadwyrężać się już w pierwszych kilku dniach podróży.

Trzydziestokilometrowa mordęga

Kolejny dzień po odpoczynku okazał się istną mordęgą. Wiedzieliśmy, że przejazd w stronę Ołomuńca nie należy do najłatwiejszych, ale stanowczo zaskoczyło nas blisko 30 km drogi non stop pod górkę. Wszystko skończyło się za miejscowością Ramzova, gdzie rozpoczęliśmy pierwsze dłuższe zjazdy. Po tym dosyć przykrym wstępie, nie sądziliśmy, że uda się nam przejechać większą odległość. Zdziwiliśmy się, gdy dojechawszy do miejscowości Mohelnice, na liczniku mieliśmy 82 km. Tam znaleźliśmy niedrogi kemping na którym zaskoczyliśmy użytkowników kamperów rozkładając namiot. Dla nich zapewne był to niecodzienny widok w tak wczesnych okresie roku.

Z Mohelnic wyjechaliśmy koło 11:00. Z racji dosyć luźnego podejścia do podróży nigdy nie śpieszyliśmy się z wyjazdami, jeśli tego akurat sytuacja albo plany dotarcia do bardzo odległego miejsca nie wymagały. Przejechaliśmy przez Litovel, miasteczko skąd pochodzi jedno z popularniejszych czeskich piw, którego notabene próbowaliśmy dzień wcześniej. Po drodze do niego, trafiliśmy na niewielką osadę Nowy Zameczek (a przynajmniej tak brzmiała jego przetłumaczona przez nas nazwa), gdzie mieści się niewielki pałacyk i stadnina koni. Z ilości mijanych stajni i pastwisk dla tych pięknych zwierząt uznaliśmy, że region słynie najpewniej z ich hodowli.

Ołomuniecki rynek

Po południu dotarliśmy do Ołomuńca. Trafiliśmy akurat na imprezę promującą region. Na rynku rozstawiono scenę na której raz po raz pojawiali się nowi artyści. Zależało nam na zatrzymaniu się w Ołomuńcu, gdyż zobaczyć tu można wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO pomnik Trójcy Świętej. I faktycznie, jest na co popatrzeć. Ilość zdobień i jego rozmiar robi ogromne wrażenie. Pomnik przyciąga również rzesze turystów, którzy chcą uwiecznić siebie z monumentalnym obiektem w tle.

Niedaleko znajduje się również przedziwna fontanna z żółwiem noszącym na swej skorupie coś na kształt kolumny. Nie do końca odkryliśmy o co chodziło twórcy tej rzeźby. Być może komuś z was uda się to rozszyfrować.

Na jednej ze ścian sukiennic znajduje się również Ołomuniecki Orloj, czyli zegar miejski bardzo podobny do tego z Pragi. Nie jest co prawda tak rozbudowany jak ten w stolicy Czech, ale mimo wszystko jest bardzo ładny.

Całe centrum miasta przypominało nam trochę krakowski rynek. Brakowało tylko pomnika Mickiewicza i ratuszowej wieży.

Długo wahaliśmy się, czy wyjeżdżać z Ołomuńca i poza jego granicami szukać miejsca na nocleg. W informacji turystycznej dowiedzieliśmy się, że w miejscowości Plumlov mieszczą się dwa kempingi. Według obsługi oba działają i spokojnie można tam jechać. Pełni spokoju, że nocleg mamy pewny, ruszyliśmy w kierunku jeziora Hloucela, nad którym wspomniana miejscowość się mieści.

Nocleg pod makietą

Na miejscu spotkała nas przykra niespodzianka. Okazało się, że położony bliżej nas kemping otwiera się dopiero 15 maja. By trafić na kemping drugi, musieliśmy objechać jezioro. Było już dosyć późno i ciemno, a jazda krętą drogą mając po jednej stronie urwisko z wodą w dole skutecznie obniżyła nam morale. Niemniej, po kilkudziesięciu minutach dotarliśmy pod bramy kempingu Zralok. Popełniliśmy mały błąd. Zamiast wykorzystać błogi stan pana na recepcji i po prostu rozbić się gdzieś poza jego wzrokiem, my zapragnęliśmy się koniecznie zameldować. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Pan nie był w stanie obsługiwać komputera, a i wydanie reszty z większej ilości pieniędzy było dla niego problemem. Chcąc uniknąć dalszych kompromitacji, zażyczył sobie 100 KC, zamiast 320 – oczywiście “na piwo”. Cóż, kłócić się nie będziemy. Ale na wszelki wypadek rano postanowiliśmy nie upominać się o rachunek.

Poranek powitał nas widokiem wzgórza zamkowego i dziwacznego, wąskiego z jednej strony pałacu na jego szczycie. Całość z daleka wygląda jak makieta do filmu. Pałac jest niestety niedostępny do zwiedzania. Jest mocno zniszczony, ale w środku zaobserwowaliśmy kilka elementów wyposażenia. Aktualnie budowla służy za tło do wydarzeń kulturalnych, które najpewniej mają za zadanie pozyskać fundusze na remont obiektu. Widok ze wzgórza był naprawdę zapierający dech w piersi. Mamy nadzieję, że pałac kiedyś wróci do swojego pierwotnego wyglądu.

Podjazdów ciąg dalszy

Dalsza droga była dosyć ciężka. Szlak prowadził przez tereny wojskowe pomiędzy miejscowościami Subesuky a Drahany. Było to 10 km ciągłego podjazdu. Na dodatek słońce, które z dnia na dzień stawało się coraz mocniejsze skutecznie odbierało nam siły. Niemniej, duże podjazdy oznaczały, że prędzej czy później zaczną się zjazdy (choć jak się miało okazać w dalszych etapach podróży, ta zasada niekoniecznie ma się do rzeczywistości jak się wydawało).

Po serii krótszych i dłuższych odpoczynków dotarliśmy do miejscowości Vilemovice, gdzie znaleźliśmy nocleg w guesthousie. Zapragnęliśmy przespać się w łóżku co byłoby nagrodą za poświęcony wysiłek. Planowaliśmy w kolejnym dniu pojechać na słynną w całych Czechach Przepaść Macochy i okoliczne jaskinie.

Następny dzień przywitaliśmy w miarę wypoczęci. Łóżka zrobiły swoje i nasze ciała odrobinę się zregenerowały. W dobrych nastrojach opuściliśmy dom w którym się zatrzymaliśmy. Właścicielka pożegnała nas nieco wcześniej, bo musiała wyjść w pilnej sprawie. Zostawiła nam klucze i poprosiła o porządne sprawdzenie, czy wyjeżdżając wszystko zamknęliśmy. Później okazało się, że śpieszyła się do pracy w budce z pamiątkami przy Przepaści do której jechaliśmy. Spotkaliśmy się więc na miejscu jeszcze raz.

Lubimy noclegi w guesthgouse’ach – atmosfera tam jest zawsze bardziej luźna niż w pensjonatach czy hostelach. No i jesteśmy na nieco innym poziomie zaufania. W końcu ile obcych osób jest gotowa powierzyć wam klucze do swojego domu?

Największa macocha w Europie

Przepaść Macochy jest jedną z większych w Czechach. Jest na dodatek największym uskokiem w Europie co czyni ją jeszcze bardziej niezwykłą. Nam do szczęścia wiele nie trzeba było – fakt, że lada chwila zejdziemy pod ziemię by oglądać niezwykły świat stalagmitów, stalaktytów i podziemnych rzek działał na nas jak mocna kawa.

Nazwa przepaści wzięła się od legendy, która co prawda przedstawiana jest w różnych wersjach, ale ma jedną cechę wspólną – macochę. Otóż w Vilemovicach żyła kobieta, która według jednych podań miała chorego syna. Ożeniła się z mężczyzną, który również posiadał z poprzedniego małżeństwa syna. Któregoś dnia macocha usłyszała od miejscowej czarownicym, że jeśli chce zdrowia swego dziecka, musi zabić pasierba. Długo się nie zastanawiając kobieta postąpiła według wskazówek wiedźmy. Zrobiła to jednak niefortunnie, bo zrzucając chłopca z urwiska, ten zaczepił się o znajdujące się niżej drzewo. Dziecko uratowano, a kobietę zrzucono z tej samej skały, tym razem upewniając się, czy rzeczywiście spadła. Inna wersja mówi o tym, że kiedy pasierb przeżył upadek, syn macochy umarł a ta z rozpaczy rzuciła się w otchłań. Jeszcze inna twierdzi, że kobieta nie wytrzymała linczu miejscowych po próbie zabójstwa chłopca by odziedziczyć majątek męża i sama skoczyła. Jaka jest prawda, nie wiemy, ale jedno jest pewne – kobieta przyczyniła się do nadania nazwy przepaści.

Nam udało się zostawić rowery i bagaże w informacji turystycznej niedaleko górnej platformy widokowej i mogliśmy w spokoju oddać się przyjemności zwiedzania. Najpierw zeszliśmy do Jaskini Punkvy, jednej z większych w tym regionie i udostępnionych do zwiedzania. Ilość korytarzy i mnogość poziomów, na które to wchodziliśmy to schodziliśmy zrobiła ogromne wrażenie. Wycieczkę po jaskini zakończył spływ podziemną rzeką Punkvą, od której jaskinia wzięła nazwę.

W drodze powrotnej na górną platformę zahaczyliśmy jeszcze o tą dolną, którą widzieliśmy z dna przepaści podczas zwiedzania jaskini. Następnie wzięliśmy swoje rowery i zjechaliśmy do Skalnego Młynu drogą poprowadzoną dnem wąwozu. Trasa była tak piękna i pusta, że z przyjemnością oddaliśmy się szybkiej jeździe mijając raz po raz bardzo blisko skalne ściany. Był to stanowczo jeden z piękniejszych zjazdów na trasie EuroVelo 9.

Zatłoczone ulice Brna

Z każdym kilometrem oddalaliśmy się od podziurawionych jaskiniami terenów i zbliżaliśmy się coraz bardziej do Brna. Kiedy  tam dotarliśmy mieliśmy wrażenie, że trafiliśmy do innego wymiaru. Było głośno, tłoczno i nieprzyjemnie. Odzwyczailiśmy się od szumu wielkiego miasta, a w Brnie doświadczyliśmy go z kilkukrotnie większą siłą. Na dodatek wszędzie było brudno i szaro. Nie tak sobie wyobrażaliśmy zachwalane przez wiele osób miasto na południu Czech. Sytuację ratowała obecność katedry św. Piotra i Pawła, zamek górujący nad miastem oraz wszędobylski zapach kwitnących bzów. Szczególnie mocno odczuwalny był ich zapach w okolicach parków i wzgórza zamkowego. Fioletowe kwiaty sprawiły, że nie skreśliliśmy Brna całkowicie. Na koniec dnia trafiliśmy do hotelu robotniczego, który swym klimatem zatrzymał się gdzieś w okolicach późnego socjalizmu. Ale było łóżko, prysznic i było stosunkowo tanio, a to najważniejsze.

Kolejnego dnia postanowiliśmy nie dawać miastu drugiej szansy. Czym prędzej znaleźliśmy drogę wyjazdową i udaliśmy się w kierunku przygranicznych miejscowości, jak choćby Mikulov. Początkowo mieliśmy w planach spać nad jeziorem Dyje. Kiedy tam dojechaliśmy postanowiliśmy jednak przejechać przez nie długim mostem i dostać do wspomnianego Mikulova i tam poszukać noclegu. Chcieliśmy dzięki temu zaoszczędzić czas na dojechanie do interesujących nas pałaców i zamków rodziny Lichtensteinów, których w okolicy ostało się dosyć sporo.

Prawie bezdomni

Do Mikulova dojechaliśmy na nasze nieszczęście pod wieczór. Byliśmy wykończeni sporą ilością podjazdów i koniecznością ominięcia stromej góry na południowej stronie jeziora. Z racji dosyć wczesnego zamykania sklepów w Czechach, mieliśmy do wyboru tylko oddalony od centrum supermarket. Dobre jednak i to. Zaopatrzyliśmy się w prowiant i rozpoczęliśmy rozważać odpowiednie miejsce na nocleg. NIestety, w samym Mikulovie pól namiotowych próżno szukać, a nie mieliśmy już sił na  dalszą jazdę by wyjeżdżać pod miasto. Zresztą nie po to jechaliśmy do niego, by teraz szybko go opuszczać. Długo zastanawialiśmy się, jak rozwiązać ten problem. Rozważaliśmy nawet przyłączenie się do grupy bezdomnych, zajmujących ławki na niewielkim rynku. Ostatecznie jednak na krótko przed 22:00 zdecydowaliśmy się na najdroższy jak do tamtej pory nocleg w hotelu. Musieliśmy wydać na niego ponad 100 zł, ale jak się później okazało, wybór był słuszny. Wygodne łóżko, prysznic i śniadanie rano, to stanowczo potwierdziły. Przełknęliśmy ten większy wydatek i pogodziliśmy się z nim. Na drugi dzień mogliśmy oddać się przyjemności zwiedzania okolicy. Sam zamek nie był udostępniony do zwiedzania. Traf chciał, że w kwietniu jest to możliwe jedynie w weekend, a była środa. Nie mogliśmy sobie pozwolić na dłuższy pobyt, więc wyjechaliśmy z Mikulova w stronę Lednic. Stamtąd pozostałoby już tylko kilka kilometrów do miejscowości Najdek, gdzie upatrzyliśmy kemping.

Pałacowy szał

Po drodze okazało się, że inne pole, bardziej na trasie znajduje się na południe od Lednic. Postanowiliśmy zmienić plany i wybrać tą lokalizację. Było bliżej i mieliśmy większe możliwości zwiedzania najbardziej nas interesujących Lednic. Nim jednak dotarliśmy na miejsce odpoczynku, zahaczyliśmy o miejscowość Valtice. Tam odbyliśmy godzinną wycieczkę po zamku. Mogliśmy zobaczyć dawne komnaty użytkowane przez członków rodziny Lichtensteinów. Następnie jadąc w stronę Lednic zatrzymaliśmy się na moment przy tzw. Belwederze. Nie zrobił na nas jednak zbyt dużego wrażenia. Popada w ruinę i raczej nie widać, by ktoś bronił go przed niechybnym rozpadnięciem.

Same Lednice to malutka miejscowość. Jednak kryje się w nim wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO skarb – letni pałac Lichtensteinów. Budowla wyróżnia się spośród reszty zabudowań, a także na tle widzianych wcześniej przez nas pałacyków i zamków.

Bogato zdobiona fasada jest tylko zapowiedzią tego bogactwa, które kryje się wewnątrz. Na dodatek okoliczne, pałacowe ogrody czynią to miejsce bajkowym. Nie mogliśmy się doczekać by wejść do środka. Na to jednak musieliśmy poczekać do soboty – tylko wtedy wnętrza są udostępnione do zwiedzania. Dobrze się jednak złożyło, ponieważ musieliśmy odpocząć dłużej od jazdy, nim wkroczylibyśmy na austriacką ziemię. Oddaliśmy się błogiemu lenistwu.

Skarb UNESCO pod granicą

W sobotę rano udaliśmy się pod zamek. Ilość turystów zaskoczyła nas ogromnie. Kiedy po raz pierwszy tam przyszliśmy, był środek tygodnia i tylko grupka osób spacerowała po ogrodach. Teraz okazało się jak mocno pałac Lichtensteinów cieszy się popularnością. Całe szczęście udało się nam dostać bilety na wszystkie piętra pałacu (bo każde z nich to inna ekspozycja), na które planowaliśmy.

Najpierw udaliśmy się do komnat w których rodzina przebywała na co dzień. Zobaczyliśmy salę jadalną, sypialnie czy pokoje służby. Następnie zeszliśmy do sal reprezentacyjnych, których oczy cieszyły gości. Szczególnie zapamiętamy bibliotekę ze spiralnymi schodami. Okazuje się, że całe są stworzone z jednego konaru, który tylko na czas wykonywania zdobień podzielonego. Finalnie do połączenia schodów w jedną całość nie użyto ani jednego gwoździa. Aż trudno się nadziwić w jaki sposób rzemieślnicy tego dokonali. Robi to jednak ogromne wrażenie.

Zresztą w całym pałacu nie brakuje finezyjnych wykończeń czy tematów przewodnich. Zobaczyliśmy choćby komnatę chińską, niebieską czy różową.

Na koniec wdrapaliśmy się na ostatnie piętro pałacu by zobaczyć czym bawiły się dzieci tego rodu. Nie zabrakło licznych domków dla lalek, koników na kółkach czy przebrań. Dodatkowo na poziomie pokoi dziecięcych znajduje się również spora wystawa kukiełek teatralnych. Jest więc na co popatrzeć.

Opuściliśmy Czechy

Kiedy wyszliśmy z pałacu i zjedliśmy większy posiłek pognaliśmy na pole namiotowe, gdzie czekały na nas zapakowane sakwy. Pozostało już tylko złożyć namiot, powiesić bagaże na rower i udać się przez Brzecław na granicę z Austrią. W mieście zrobiliśmy jeszcze konieczny z racji wolnej od handlu niedzieli w Austrii zapas jedzenia na dwa dni i ruszyliśmy w kierunku kolejnego kraju.

Mamy nadzieję, że ta nieco rozbudowana relacja przypadła Wam do gustu. Zachęcamy do dzielenia się swoimi opiniami poniżej w komentarzach lub na fanpage’ach EkstraMisji na Facebooku, Instagramie lub Twitterze. Udostępnijcie również tekst swoim znajomym.

Pamiętajcie, że możecie wesprzeć naszą wyprawę kupując koszulki w naszym sklepie lublub wybierając którąś z opcji dostępną na Patronite. Z góry dziękujemy.

Obserwuj mnie na:
Follow by Email
Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Instagram