Pomimo tego, że niezbyt sprzyjająca jeździe pogoda dawała się od kilku dni we znaki, postanowiliśmy wyjechać. Stało się to co prawda dzień później niż sobie początkowo zakładaliśmy, ale mimo wszystko ruszyliśmy.

Pałac w Kopicach

Po zamontowaniu sakw i kilku innych pakunków na bagażniki rozpoczęliśmy powolną jazdę przez rejony bądź co bądź dosyć nam znane: Żłobiznę, Krzyżowice, Jankowice Wielkie, Grodków. W tej ostatniej miejscowości założyliśmy zboczyć na moment z trasy by zobaczyć opisywany ostatnio na blogu pałac w Kopicach.


Na miejscu okazało się, że cały kopleks odbiega dosyć mocno od stanu sprzed kilkudziesięciu lat, gdy mieściła się tu siedziba Schaffgotschów, a w późniejszych latach ośrodek kolonijny dla dzieci i młodzieży. Teraz brakuje dachu, kilku ścian, a zdobienia poznikały pozostawiając po sobie tylko gołe cegły. Obiekt został kupiony i mamy nadzieję, że za niedługo odzyska chociaż część dawnego blasku.

W stronę Nysy

Dalej ruszyliśmy już z nastawieniem dotarcia możliwie szybko do Nysy. Tam mieliśmy się zatrzymać na noc u rodziny by kolejnego dnia przekroczyć granicę w Głuchołazach.

O ile droga przez boczne drogi wiejskie była spokojna, o tyle po wjechaniu na główny węzeł prowadzący do Nysy to istna mordęga dla rowerzystów. Niestety, gdybyśmy chcieli jej uniknąć nadłożylibyśmy sporo kilometrów i wykończylibyśmy się już pierwszego dnia wyprawy.

Korek

Jadąc główną drogą zorientowaliśmy się w pewnym momencie, że jakiś pojazd ciągnie się dosyć wolno za nami. Gdy się obróciliśmy, spostrzegliśmy, że to ciężarówka mozolnie towarzyszy nam od dłuższej chwili. O ile samm kierowca TIRa nie wyglądał na złego o tyle kilkanastu innych z pozostałych samochodów ze sznureczka owszem. Staliśmy się zapewne nie lada atrakcją dla wszystkich, którzy mieli włączone CB radio. Mężczyzna, który nie usiłował nas nawet wyminąć (bo z naprzeciwka co rusz nadjeżdżały kolejne pojazdy) zapewne od pewnego czasu komentował zaistniałą sytuację. Dopiero gdy zjechaliśmy na pobocze by odblokować korek, kierowca odłożył słuchawkę radia. Odczekaliśmy chwilę aż piorunujący wzrok zniecierpliwionych kierowców zelżeje by mieć pewność, że nikogo więcej nie blokowaliśmy i ruszyliśmy. Jednak ze względu na porę kojarzoną z powrotami z pracy, ilość samochodów na drodze stawała się nieznośnie duża. Postanowiliśmy zjechać z drogi i dojechać do Nysy od Regulic. Kiedy tam dotarliśmy mogliśmy oddać się temu, czego każdy rowerzysta pragnie najbardziej – pięknych widoków i niemal pustej drogi.
Do Nysy wjechaliśmy mijając fort numer 2. Pozostało tylko przejechać przez Nysę Kłodzką i byliśmy na miejscu.

Nad granicę

Kolejnego dnia przejechaliśmy się przez miasto, by oglądnąć je z pozycji rowerzysty, a nie jak zazwyczaj pasażera samochodu. Minęliśmy bastion św. Jadwigi, Pałac Biskupi czy Skarbiec św. Jakuba.

Później, zgodnie z radami, które otrzymaliśmy od naszych bliskich, pokręciliśmy w kierunku Białej Nyskiej. Stamtąd mieliśmy do Głuchołaz dojechać spokojną drogą przez wioseczki i osady, a przede wszystkim miały nam towarzyszyć piękne widoki.
Co ciekawe to właśnie tam spotkaliśmy po raz pierwszy Europejski Szlak Rowerowy EUROVELO 9, którym zakładaliśmy dojechać do Puli w Chorwacji. Ucieszyliśmy się, że nie musieliśmy go szukać.

Zaczynają się górki

Droga prócz tego, że była malownicza, była też mocno górzysta. Mieliśmy już sporo doświadczenia z takimi trasami z poprzedniego, zeszłorocznego przejazdu po Green Velo. Jednak tam mogliśmy się „rozjeździć” nim trafiliśmy na pierwsze większe góry. Te pod Nysą trafiły się już drugiego dnia. Jednak była to dopiero zapowiedź tego, co miało się dziać po przekroczeniu granicy. Ale o tym napiszemy w kolejnej relacji.

Nim dojechaliśmy do Głuchołaz mocno się wymęczliśmy. Po przekroczeniu granic miasta nie marzyliśmy o niczym innym jak odpoczynek. Wyjechaliśmy jednak za daleko od centrum by się do niego wracać, a patrząc jaki podjazd musielibyśmy pokonać w drodze powrotnej, postanowiliśmy zatrzymać się przy drodze i na szybko coś przekąsić.
Nachylenie terenu było dosyć spore, więc rowery dopchaliśmy te kilkaset metrów na szczyt wzniesienia i dopiero stamtąd ruszyliśmy już na nich w stronę granicy. Tam zrobiliśmy kilka obowiązkowych zdjęć z tabliczkami granicznymi, informującymi, że oto kończy się Polska, a zaczynają Czechy. Zostawiliśmy za sobą znane tereny i wjechaliśmy na te mniej uczęszczane, widziane częściej zza szyby samochodu. Teraz mieliśmy Czechy poczuć na własnej skórze.

Zapraszamy do komentowania, lajkowania i udostępniania swoim znajomym relacji z wyprawy. Śledźcie EkstraMisję na Facebooku, Instagramie czy Twitterze. Pamiętajcie, że na kanałach na YouTube i CDA mogą pojawić się filmy z wyprawy. Dlatego zachęcamy do obserwowania również tych profili.

Jeśli uważacie, że to co robimy jest super, możecie dodatkowo wesprzeć wyprawę na platformie Patronite. Czekają nagrody dla Patronów. Z góry dziękujemy.

Obserwuj mnie na:
Follow by Email
Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Instagram