Okazało się, że żadna burza w nocy nie przyszła. Co najlepsze, Marcin, który postanowił tej nocy spać w hamaku na zewnątrz, musiał ewakuować się nie z powodu deszczu czy piorunów, a z zimna.

Wieża widokowa w Suścu

Kolejny dzień przywitał nas pochmurnie. Zastanawialiśmy się długo, czy będziemy w tym dniu ryzykować jazdę i ewentualne przemoknięcie. Chłopaki postanowili ruszyć dalej – mieli ograniczony czas, a chcieli dotrzeć do Chełma. My zwlekaliśmy do południa. Doszliśmy jednak do wniosku, że taka chłodniejsza aura jest idealna na długą jazdę, a w szczególności na podjazdy. To drugie przywitało nas jeszcze w Suścu, gdzie postanowiliśmy zboczyć na chwilę z trasy Green Velo by wdrapać się na wieżę widokową. Jednak nim się tam dostaliśmy, musieliśmy rozgrzać nogi na niemal kilometrowym podjeździe i to tak ostrym, że przerzucenie się na bieg 1×1 niewiele pomagało. Czuliśmy się niemal jak podczas jakiegoś maratonu. Mijający nas ludzie patrzyli z podziwem i wołali raz po raz: „Dawaj, dasz radę!” Sami musieli poświęcić dużo czasu, by podejść pod wieżę. Było to bardzo zabawne uczucie. Po kilku minutach dotarliśmy na miejsce. I ku naszemu zdziwieniu oraz lekkiemu rozczarowaniu stwierdziliśmy, że z góry niewiele widać, a sama okolica jest mało ciekawa. To dziwne biorąc pod uwagę, że jeszcze dzień wcześniej podziwialiśmy piękne wodospady i zachwycaliśmy się Roztoczem.

Herbatka w kamperze

Mieliśmy nie lada problem ze znalezieniem atlasu rowerowego Green Velo. W informacji turystycznej w Suścu nie posiadali niczego prócz greenvelowskich paszportów. Postanowiliśmy dojechać do Józefowa, miasteczka gdzie mieliśmy nadzieję zaopatrzyć się w nowe mapy obejmujące województwo lubelskie. Tam spotkał się nas kolejny zawód, ponieważ okazało się, że informacja turystyczna od dziesięciu minut jest zamknięta. Zdawało się nam, że za szybą widzimy upragnione atlasy. Było to frustrujące uczucie – były niemal na wyciągnięcie ręki, a jednak niedostępne. Na dodatek, pogoda stawała się coraz bardziej kapryśna. Rozważaliśmy pozostanie w Józefowie i przeczekanie ewentualnego deszczu. Stało się jednak inaczej.

Jedząc późne śniadanie spostrzegliśmy stojącego niedaleko kampera – przerobionego ze starszego modelu VW T3. W środku siedziało małżeństwo, więc postanowiliśmy zagadać i przekonać ich do pokazania wnętrza swojego domu na kółkach. Jak później przyznali, początkowo obawiali się, że zaczniemy się nabijać z tego sposobu podróżowania. Właśnie z taką reakcją spotykali się najczęściej, kiedy pokazywali wnętrze swojego domku. My jednak zachwyciliśmy się wnętrzem – o czymś podobnym sami marzymy. Rozmowa stała się tak przyjemna, że zaprosili nas na herbatę. Ucieszyliśmy się, bo na zewnątrz zrobiło się zimno i nieprzyjemnie. Opowiedzieli o tym jak kupili ten samochód, swoich podróżach z dziećmi – teraz już dorosłymi i o zaletach tego typu zwiedzania świata. Zorientowaliśmy się, że mamy ze sobą bardzo wiele wspólnego. Na koniec długiej pogawędki zaproponowali przejechanie się kamperem. Pojazd nie ma żadnych wspomagań, super amortyzatorów, a na zakrętach trzeba uważać by się nie wywrócić. Niemniej byliśmy zauroczeni.

Ławeczka w Józefowie

W Józefowie, na plaży nad zalewem mieści się kolejna ławeczka Green Velo. Niedaleko niej zlokalizowana jest wiata i stojaki. Dzięki tej infrastrukturze możliwe jest nawet dłuższe wypoczywanie bez obawy o swój rowerowy ekwipunek. I właśnie tam zobaczyliśmy jak dwójka dzieciaków skrobie ogromnym nożem ławkę pod wspomnianą wiatą. Wydłubywali jakieś napisy i haratali wszystko co się dało. Po małym nastraszeniu, że wezwiemy policję albo straż miejską odpuścili sobie. Domyślaliśmy się, że wrócą jak tylko odjedziemy. Tak czy inaczej opóźniliśmy odrobinę całkowite zniszczenie tego miejsca. I zachęcamy wszystkich, by postępowali dokładnie tak samo. Właśnie przez olewanie takich zachowań i wandalizmu, infrastruktura na Green Velo, ale również na innych szlakach wygląda jak wygląda. To od nas zależy, czy będziemy mieli gdzie odpocząć czy zapiąć rowery. Pamiętajcie o tym.

Zwierzyniec

Kolejnym przystankiem na szlaku Green Velo miał być Zwierzyniec. Nim do niego dotarliśmy, przejechaliśmy przez Roztoczański Park Narodowy. To piękny fragment, który powoduje wiele opóźnień. Wszytko przez to, że staje się co chwilę i zachwyca okolicą. Jedzie się przez ogromne połacie torfowisk, bagien i łąk. Przed dojechaniem do celu trafiliśmy jeszcze na hodowlę Konika Polskiego. Niestety, ze względu na panujący chłód nie pasły się one na łąkach. Jadąc dalej trafiliśmy jeszcze na Staw Echo tuż przy Zwierzyńcu. Zbiornik cieszy się dużą popularnością, więc nie zabawiliśmy tam zbyt długo. Zresztą i tak czas naglił nas coraz bardziej. Z racji późnego wyjazdu z Suśca i licznego zatrzymywania się na trasie, zrobiło się dosyć późno. Mieliśmy całe szczęście na oku schronisko młodzieżowe, gdzie – pomimo trwającego w mieście festiwalu filmowego – trafił się pokój dla dwóch osób. Perspektywa spania w ciepłym łóżku i możliwość wyprania ciuchów pozytywnie nas nastroiła.

Samo miasteczko okazało się typowo letniskowe. Dawniej, od XVII wieku stanowiło  teren myśliwski. Później przekształcono je na centrum gospodarki leśnej. Do dzisiaj zachowały się liczne budynki zarządu Ordynacji Zamojskiej. Właśnie w kilku z nich mieści się Zespół Szkół Drzewnych i Ochrony Środowiska, który posiada również własne schronisko. Na czas wakacji ilość miejsc jest zwiększana dzięki internatowi.

Następnego dnia postanowiliśmy spróbować swoich sił w informacji turystycznej. Mieliśmy nadzieję, że właśnie w Zwierzyńcu, miejscu bardzo turystycznym, zapas atlasów będzie większy. Niestety, tutaj również musieliśmy obejść się smakiem. Pani w punkcie nie dała nam ostatniego egzemplarza, który posiadała. Postanowiła zatrzymać go dla siebie, by kolejni rowerzyści mieli do niej wgląd.

Warto zaznaczyć, że to własnie w Zwierzyńcu wyjeżdża się wybierając alternatywną drogę Green Velo nr 301, której początek znajduje się przed Ulanowem.

Poza szlakiem Green Velo

Po przeanalizowaniu atlasu w Zwierzyńcu postanowiliśmy nie jechać do Szczebrzeszyna, zgodnie ze szlakiem, ale już odbić na Zamość. Znaleźliśmy alternatywną trasę przez Park Narodowy. Dojechaliśmy do Zalewu Rudka, gdzie znajduje się niewielka przystań dla żaglówek. Dalej pojechaliśmy wzdłuż zabudowań i jadąc szlakiem „Czarna Perła” wyjechaliśmy ze Zwierzyńca. Po kilku chwilach zamieszania i sprawdzania trasy na MapsMe znaleźliśmy właściwą drogę w kierunku małej osady Jurgi. Droga do niej okazała się koszmarem. Niemal dwa kilometry walki z głębokim piaskiem i próby ominięcia go jadąc po ściółce obok ścieżki. Wybierając szlak niebieski, tzw. Roztoczański z pewnością udałoby się nam pokonać tą odległość szybciej. Kiedy wyjechaliśmy na asfalt popędziliśmy w stronę stronę Zamościa bez większych przeszkód.

Humory poprawiły się jeszcze bardziej, gdy w Wierzchowinach licznik wskazał cyfrę 1000. Brakowało więc jeszcze 100 kilometrów do pobicia rekordu z poprzedniego roku. Nie wiemy co musiałoby się stać, byśmy tego nie osiągnęli. Mieliśmy przecież perspektywę na drugie tyle. Niemniej, bardzo się ucieszyliśmy mając przed oczami licznik z takim wynikiem. Złapaliśmy wiatr w żagle i pognaliśmy do Zamościa wykorzystując ścieżkę rowerową gminy Zamość, która na mapie ma kolor czerwony.

Zamość

Trzeba przyznać, że zaznaliśmy małego szoku przekraczając granice miasta. Wszak ostatnią większą aglomerację zostawiliśmy ponad 150 km wcześniej. Opuszczając Przemyśl stykaliśmy się tylko z małymi miasteczkami. W większości były to jednak wioseczki z jedną główną ulicą. Teraz hałas miasta sprawiał, że czuliśmy się lekko zdezorientowani. Wjechaliśmy do miasta drogą nr 74, mijając ogród zoologiczny. Dalej ulicą Szczebrzeszyńską dostaliśmy się w obręb murów dawnej Twierdzy Zamość. Nie tracąc czasu podjechaliśmy pod Katedrę Zmartwychwstania Pańskiego, gdzie mieści się płyta nagrobna Jana Zamoyskiego w Kaplicy Zamoyskich. Świątynia stanowiła wotum za liczne zwycięstwa hetmana, a później stała się mauzoleum rodziny i miejscem składania przysięgi przez kolejnych ordynatów.

Za katedrą mieści się ogromna rzeźba przedstawiająca Jana Zamoyskiego, a biegnąca naprzeciw niej ulica Grodzka prowadzi na rynek. Renesansowe miasto-twierdza powstało we współpracy Zamoyskiego z architektem Bernardem Moranda. Zostało one wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i to właśnie z rynku warto rozpocząć zwiedzanie. Ma on wymiary dokładnie 100×100 metrów, a każdy jego bok ograniczony jest przez bogato zdobione kamienice, z niewielkimi podcieniami na parterze i wysokimi attykami w zwieńczeniu. Stojąc pośrodku całość robi ogromne wrażenie.

Na parterze Ratusza mieści się informacja turystyczna. Czym prędzej się tam udaliśmy mając nadzieję na dostanie w końcu upragnionego atlasu. I w końcu się udało. Wreszcie mogliśmy spokojnie jechać dalej bez obawy, że nie będziemy mogli zaplanować kolejnych etapów podróży, a ciekawe atrakcje zostaną przez nas pominięte, bo zwyczajnie nie wiedzielibyśmy o ich istnieniu. Dodatkowo otrzymaliśmy przewodnik po szlakach rowerowych wydany przez województwo lubelskie. W środku znaleźliśmy szczegółowy opis atrakcji na obszarze województwa do których dołączone były mini mapki. Nie były one tak wygodne w użytkowaniu jak atlas Green Velo, ale całość stanowi dobre uzupełnienie.

Popisaliśmy się niemałymi zdolnościami negocjacyjnymi, ponieważ wytargowaliśmy Kartę Turysty w wersji o połowę tańszej bo studenckiej. Tak rozbawiliśmy obsługę, że pomogła nam nie tylko zająć miejsce w wycieczce po piwnicach Ratusza, ale również przypilnowała rowery w czasie naszej nieobecności.

Po wyjściu na powierzchnię udaliśmy się do obozu wojskowego Zbyrczyk przy Bastionie VII – Nadszańcu mieszczącego się we wschodnim murze Twierdzy. Na miejscu mogliśmy postrzelać z łuku, spojrzeć na Zamość ze szczytu muru czy zwiedzić z zabawnym przewodnikiem podziemną trasę turystyczną.

Kiedy zaznajomiliśmy się z historią Twierdzy Zamość udaliśmy się do schroniska młodzieżowego, mieszczącego się na ulicy Zamoyskiego 4. Jak wiele innych na trasie, tak i tutaj nocleg możliwy jest tylko w czasie wakacji, kiedy klasy nie są użytkowane. Do pomieszczeń wstawiane są łóżka, ale nie ma co liczyć na typowo hotelowe warunki. Kuchnia w tej szkole ograniczyła się do mikrofalówki, a prysznice były dostępne w wersji wieloosobowej. Placówka ta szczyci się kształceniem przyszłych sportowców, ze szczególnym uwzględnieniem badmintona. I widać jej sukcesy na każdym kroku – liczne zdjęcia z turniejów, wycieczki klasowe, itd. Dla nas takie miejsce to wybawienie – jest niejednokrotnie taniej niż w pensjonatach, choć ciut drożej niż na polach namiotowych. Ale analizując wygodę wychodzi i tak korzystnie.

Fortyfikacje i koronki

Drugi dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie kolejnych atrakcji. Najpierw obejrzeliśmy mapping na makiecie Twierdzy Zamość. Projekcja odbywa się w jednym z budynków Muzeum Fortyfikacji i Broni Arsenał. Dobrze jest tam zajrzeć, gdyż w niezwykły sposób pokazane są dzieje miasta-twierdzy. Później udaliśmy się do arsenału, gdzie zlokalizowane są różnej maści maszyny bojowe. Po zwiedzeniu ekspozycji poświęconej militarnej części historii miasta stwierdziliśmy, że warto sprawdzić jak ubierali się jego mieszkańcy. Nieopodal Muzeum Fortyfikacji i Broni mieści się ekspozycja „Koronki, tiurniury, aksamity…” pokazujące historyczne kostiumy od XVI do XX wieku.
Kiedy odrobinę odpoczęliśmy skierowaliśmy się ponownie na ekspozycje militarne. W murach Twierdzy umieszczono dziesiątki pojazdów, samolotów, armat i innych maszyn związanych z wojnami. Nie brakuje również licznych makiet prezentujących umocnienia i bunkry.

Maraton jednak nie zakończył się na tych kilku ekspozycjach. Udaliśmy się na rynek, gdzie w ormiańskich kamienicach należących w przeszłości do najbogatszych zamojskich rzemieślników i kupców znajduje się Muzeum Zamojskie. Wewnątrz prócz eksponatów obejmujących trzy działy – archeologiczne, historyczne i etnograficzne, zobaczyć można oryginalne sztukaterie, freski i zdobione drewniane stropy.

Kolejnego dnia odwiedziliśmy ogród zoologiczny, który mijaliśmy podczas wjeżdżania do Zamościa, a stamtąd udaliśmy się do Rotundy, gdzie mieści się Muzeum Martyrologii Zamojszczyzny. Sama budowla stanowiła z początku ważny punkt na planie Twierdzy. Wysuwa się o 500 m przed główne mury obronne i miała nie tylko przesuwać linię obrony najdalej za miasto, ale być również nadzieją, gdyby wróg podszedł pod Twierdzę.
Podczas II wojny światowej Niemcy stworzyli tu przejściowy obóz dla osób aresztowanych. Według badań w Rotundzie miało zginąć około 8000 ludzi. Po działaniach wojennych utworzono wokół budowli, a także wzdłuż drogi, po obu jej stronach cmentarz. Wiele grobów jest bezimiennych, nie brakuje również tych zbiorowych. Złożono tutaj prochy ponad 45 tysięcy ofiar i żołnierzy poległych na Ziemi Zamojskiej. W murach Rotundy można zobaczyć izby pamięci wraz z płytami nagrobnymi mieszczącymi się w celach. Każda z nich przypisana jest osobnej grupie ludzi: więźniów politycznych, sybiraków, harcerzy, itd. Rotunda budzi podobne uczucia jak choćby Auschwitz. Wokół jest niespotykanie cicho. Aż dreszcz przechodzi po plecach kiedy zwiedza się kolejne cele i spaceruje obok białych krzyży.

By się nieco rozchmurzyć, postanowiliśmy wieczorem wpaść na rynek. Traf chciał, że właśnie w tym dniu wyświetlano kolejny film z okazji Filmowego Lata z Orange. Korzystaliśmy już z takich seansów pod chmurką w Zakopanem, kiedy przyjeżdżaliśmy pochodzić po Tatrach oraz w Sopocie, gdzie akurat złapał nas deszcz i nie chcąc ryzykować przeziębienia, zrezygnowaliśmy z oglądania. Tym razem jednak udało się wytrwać. Było to bardzo dobre zakończenie intensywnego pobytu w Zamościu. Domyślamy się, że nie zobaczyliśmy absolutnie wszystkiego, ale jak na nieplanowany dłuższy pobyt, byliśmy wszędzie tam gdzie chcieliśmy. I tak wrócimy tutaj, by choćby pospacerować wśród tej pięknej zabudowy.

Tymczasem trzeba jechać dalej. Jednak o tym co działo się po powrocie na szlak Green Velo dowiecie się w kolejnej części relacji, która pojawi się już wkrótce. Zachęcamy do śledzenia EkstraMisji na Facebooku, Twitterze czy Instagramie. W najbliższym czasie nie zabraknie również filmów na YouTube i CDA, dlatego do subskrybowania ich serdecznie zapraszamy. Dajcie znać, które miejsce spośród tych opisanych już chcielibyście odwiedzić najchętniej. Nie zapomnijcie również o lajku i udostępnieniu artykułów swoim znajomym – to bardzo nam pomaga i motywuje.

Pamiętajcie, że możecie wesprzeć najbliższą wyprawę rowerową EkstraMisji przez 13 krajów. Wystarczy, że wejdziecie na platformę Patronite, gdzie znajdziecie wszystkie niezbędne informacje o projekcie oraz o możliwościach pomocy. Zachęcamy i z góry dziękujemy.

Obserwuj mnie na:
Follow by Email
Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Instagram