Po dwóch dniach spędzonych w Przemyślu czas było wyruszyć znów na szlak Green Velo. Tym razem staraliśmy się go trzymać, ponieważ czekało na nim sporo rzeczy do zobaczenia. A to niebywały sukces…

Arboretum i fort San Rideau

Jadąc Green Velo i jednocześnie Czarnym Szlakiem Fortecznym, po przejechaniu około 5 km z Przemyśla trafia się na miejscowość Bolestraszyce. Tam czekają na rowerzystów dwie atrakcje – i to znajdujące się tuż przy drodze.
Pierwszą jest Arboretum, czyli miejsce, gdzie kolekcjonuje się drzewa i krzewy. Decydując się na spacer po jego alejkach zobaczyć można wiele gatunków rzadkich, często również chronionych i starych odmian drzew, krzewów ale również innych roślin. Całość stanowi doskonałe miejsce odpoczynku i odetchnięcia po męczącym dniu. My jednak dopiero wyjechaliśmy i przed nami było jeszcze sporo drogi. Postanowiliśmy odwiedzić arboretum w innym terminie. Zaciekawił nas natomiast obiekt znajdujący się nieopodal.

Fort San Rideau, którego nazwa oznacza dosłownie „fort osłony Sanu”, był niegdyś silnie uzbrojonym kompleksem mogącym bronić się zarówno z bliska, jak i z daleka. Wchodzi w skład dawnego pierścienia Twierdzy Przemyśl. Jest największym ze wszystkich fortów zlokalizowanych wokół Przemyśla i pomimo dużych zniszczeń można nadal zachwycać się ogromem całej budowli. Kompleks można zwiedzać samodzielnie, jednak warto mieć ze sobą latarkę. Pomiędzy niektórymi elementami fortu znajdują się kilkudziesięciometrowe tunele, które w żaden sposób nie są oświetlone. Chcąc podziwiać ich wewnętrzną konstrukcję nie obejdzie się więc bez chociażby smartfona dającego źródło światła.

Bocianie stolice i pusta A4

Jadąc przez Polskę Wschodnią wielokrotnie można natknąć się na wiele miejscowości, które szczycą się, że w ich obrębie można spotkać największą ilość bocianów. Jedną z nich jest Stubno, liczące dwa tysiące mieszkańców, które jest samozwańczą stolicą bociana. Trudno stwierdzić faktycznie, która miejscowość zasługuje bardziej na ten przydomek. Niemniej, w Stubnie rok w rok organizowana jest zabawa na cześć klekoczących ptaków, „Bocianiada”. My na nią nie trafiliśmy, a szkoda – może byłoby fajnie. Jadąc głównym szlakiem Green Velo warto chwilę pokręcić się po okolicy, choć same ptaki, których podobno roi się na tym obszarze najwięcej spotkaliśmy nieco dalej od zabudowań. Spacerują często po polach, niekoniecznie zawracając sobie głowę warczącymi w pobliżu maszynami rolniczymi. Wydaje się, że bez krępacji okupują tereny należące do rolników, jak gdyby same były panami na swych włościach. Miejscowości takie jak Stubno można traktować bardziej jako ciekawostkę niż faktyczne miejsce przebywania bocianów. Paradoksalnie spotykaliśmy je o wiele częściej poza obrębem wspomnianych „stolic”.

Pokonując kolejne kilometry szlaku Green Velo przecięliśmy autostradę A4. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ ten odcinek zapadł nam szczególnie w pamięci. Nie chodzi jednak o fakt, że Wschodni Szlak Rowerowy przecina ją w bardzo krótkim odstępie czasu trzykrotnie, najpierw lądując w Chotyńcu, później trafiając do osady Załazie po drugiej stronie A4, by stamtąd po raz kolejny przejechać ponad czteropasmówką starym nasypem kolejowym. Bardziej zapamiętaliśmy fakt, że główna droga – przecież także europejska (A4 jest jednocześnie drogą E40) – była w tym miejscu kompletnie pusta. Od granicy z Ukrainą dzieliło nas niecałe 10 km, a przez cały czas zobaczyliśmy góra dwa lub trzy samochody. I co najzabawniejsze, wszystkie jechały zza granicy. To niezwykłe dla nas zjawisko nasuwa pytanie: po co w takim razie ktoś decydował się budować tak dużą drogę w tym miejscu?

Przystanek w Chotyńcu

We wspomnianym Chotyńcu postanowiliśmy podjechać pod Cerkiew Narodzenia Bogurodzicy. Od 2013 roku widnieje na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Na miejscu okazało się jednak, że jest ona zamknięta i aby ją oglądnąć wewnątrz, trzeba skontaktować się telefonicznie z panem trzymającym pieczę nad kluczami. Ten mało chętnie wpuszcza mniejszą ilość osób. Po krótkiej rozmowie zdecydował się jednak łaskawie podjechać pod cerkiew by nas wpuścić do jej środka.
Świątynia wybudowana została w 1615 roku i swą bryłą zachwyca. Nie jest to prosta konstrukcja, a jej bulwiaste (nie wiem jak fachowo się to określa) kopuły nadają całości ciekawy wygląd. Wewnątrz ściany zdobią polichromie przedstawiające Sąd Ostateczny oraz ikonostas z 1671 roku.
Pan opowiedział nam o świątyni tyle, ile jego bądź co bądź nikła wiedza na jej temat pozwoliła. Warto podpowiedzieć tym, którzy zdecydują się na zwiedzenie cerkwi, że pan za otwarcie świątyni „bierze co łaska”, jednak gdy nie otrzyma wydumanej przez siebie kwoty, nie omieszka dźgnąć was z wyrzutem słowami: „Ciekawe co powiecie, jak będziecie chcieli zwiedzać cerkiew w Radrużu. Tam nie biorą <<co łaska>>”.

Wielkie Oczy

Przystankiem na trasie Green Velo stała się miejscowość Wielkie Oczy, gdzie planowaliśmy zobaczyć kolejną cerkiew. Na miejscu zorientowaliśmy się, że świątynia jest ogrodzona wysokim płotem z blachy falistej, a fasada zasłonięta przez rusztowania. Od kilku lat trwa bowiem renowacja całego budynku.

Później okazało się, że Wielkie Oczy będą również miejscem, gdzie zostaniemy na noc. Wszystko za sprawą Krzyśka i Marcina, których poznaliśmy robiąc sobie przerwę pod sklepem. Okazało się, że kilkukrotnie mijaliśmy się na szlaku, ponieważ podobnie jak my jechali Green Velo. Ze względu na ograniczony czas, zdecydowali się jednak na przejechanie ledwie małego odcinka i zakończenie podróży w Chełmie. Długo rozmawialiśmy na temat naszej wyprawy oraz tematach około podróżniczych. Ustawiona pod sklepem ławeczka i stolik sprzyjały dodatkowo pogawędce, więc nim się zorientowaliśmy było już za późno na dalszą jazdę. Całe szczęście właściciel sklepu posiadał również pokoje do wynajęcia w domu weselnym, mieszczącym się raptem kilkanaście metrów od miejsca, gdzie się zatrzymaliśmy. Wynegocjowaliśmy zadowalającą nas cenę i zdecydowaliśmy się skorzystać z tego noclegu. Przez cały pobyt tam zastanawialiśmy się jednak czy dom jest faktycznie weselny, a nie przypadkiem „rozpusty”. Przemawiały za nim mocno czerwone ściany na korytarzu części „noclegowej”, mieniące się dodanym do farby brokatem, a także niepokojąco duża ilość aktów kobiecych rozwieszonych na ścianach. Niemniej, byliśmy tam zupełnie sami, więc żadne niepokojące odgłosy nie zakłócały nam snu. Rano wstaliśmy wypoczęci i gotowi na dalszą jazdę.

Kilometry atrakcji

Następnego dnia pożegnaliśmy chłopaków, ale tylko na chwilę . Zamierzaliśmy zwiedzić jeszcze cerkiew w Radrużu, jednak sama droga do niej była również ciekawa i obfitująca w zabytki i miejsca, które chcieliśmy zobaczyć, a którymi oni byli średnio zainteresowani. Po około pięciu kilometrach od wyjechania z Wielkich Oczu trafiliśmy na cerkiew Narodzenia NMP. Nie dało się do niej wejść, ale z zewnątrz prezentuje się dosyć podobnie jak ta w Chotyńcu. Trzeba jednak przyznać, że świątynia zwiedzona dzień wcześniej jest stanowczo bardziej zadbana. Ta w Wólce Żmijowskiej niestety lekko podupada.

Po kolejnych kilku kilometrach, nieopodal skrzyżowania dróg leśnych i miejscowości Majdan Lipowiecki, trafiliśmy na kapliczkę w środku lasu. O ile ona sama nie stanowiła jakiegoś faktycznego celu naszej podróży, o tyle rosnąca w pobliżu sosna już tak. Według legendy w XVIII wieku objawiła się w tym miejscu Matka Boska i między innymi z tego powodu wspomniane drzewo posiada nie jedno, ale aż pięć pni. Kapliczka uległa zniszczeniu w czasie II wojny światowej, ale po kolejnym objawieniu w 1946 roku, odbudowano ją. Dziś stanowi miejsce pielgrzymek okolicznej ludności.

Na wspomnianym wcześniej skrzyżowaniu przy którym znajduje się kapliczka powinniście przemyśleć, czy nie chcecie skrócić sobie drogi. Green Velo skręca w tym miejscu w prawo i po niecałych 7 km dojeżdża do osady Obrawczyzna. My wybraliśmy drogę krótszą o 2 km, która prowadziła na wprost od kapliczki. Fakt, że przez jakiś czas trzeba pomęczyć się z głębokim piaskiem. Jednak i tak nie żałujemy tego wyboru. Najpewniej zaoszczędziliśmy kilka lub kilkanaście minut.

Wjeżdżając na moment na drogę 866 totalnie się zszokowaliśmy ilością samochodów czekających na przejazd przez granicę w Budomierzu. Według strażnika ostatni samochód w kolejce, którego minęliśmy miał wjechać na Ukrainę po odczekaniu około sześciu godzin. Całe szczęście my zajęliśmy lewy pas i pilnując by nie zginąć od świdrujących nas oczu, pełnych zazdrości kierowców po jakimś czasie dotarliśmy do rozwidlenia dróg i zjechaliśmy do Budomierza. Stamtąd mieliśmy do przejechania spory kawałek drogi, nim dotrzemy do kolejnej atrakcji – pozostałości dworu Andruszewskich w Hucie Kryształowej.

Jeszcze przed II wojną światową na terenie Huty Kryształowej stał dwór z drzewa modrzewiowego. Został on jednak zniszczony przez UPA w 1944 roku. Do dziś przetrwały jedynie fragmenty ogrodów, alei lipowych i nieliczne, ceglane fundamenty pozostałe po folwarkach i majątkach. Na nas wrażenie zrobiły jedynie owe aleje lipowe, ciągnące się przez około 2 km. Dają wspaniały cień, który w upalne dni jest wybawieniem.

Radruż

Tuż przed Horyńcem-Zdrój na zakręcie w Radrużu stoi cerkiew Św. Paraskewy. Powstała w 1583 roku i jest jedną z najstarszych drewnianych cerkwi na terenie Polski. Wewnątrz zachowała się polichromia z 1648 roku. Cały teren jest ogrodzony murem, co nadaje jej cechy obronne. W jego obrębie znajduje się również dzwonnica oraz grób tatarskiej branki, o której co-nie-co opowiedziała nam przewodniczka. I faktycznie, zgodnie z zapowiedziami pana z Chotyńca, w Radrużu nie bierze się „co łaska”. Jednak opłaca się zapłacić nieco więcej i móc dowiedzieć się czegoś o wpisanej na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO świątyni. Co ciekawe, po całym terenie oprowadzają podróżnych miejscowi, związani od małego z regionem. Dowiedzieliśmy się o losach cerkwi, ale również samej miejscowości. Co nas szczególnie zaskoczyło, to fakt, że w wielu kwestiach nasza przewodniczka za nic miała poprawność polityczną i śmiało opowiadała o czarnej karcie w historii relacji polsko-ukraińskich.

Ucieczka przed trąbą powietrzną

W Horyńcu-Zdrój ponownie spotkaliśmy Marcina i Krzyśka. Postanowiliśmy połączyć siły i wzmocnić naszą pozycję negocjacyjną podczas wyszukiwania taniego noclegu. W związku z burzami jakie miały się tej nocy przetoczyć w tej okolicy, woleliśmy nie ryzykować z rozbijaniem namiotu. Po wykonaniu kilku telefonów udało się zarezerwować pokój w schronisku młodzieżowym w Suścu, tuż przy granicy województw podkarpackiego i lubelskiego. Ze względu na kilkukrotne przebijanie się dętek w rowerze Krzyśka, uzgodniliśmy, że każdy pojedzie swoim tempem. Odległość do pokonania była jeszcze spora i nie mogliśmy ryzykować jazdy po nocy w niepewnych warunkach. Rozdzieliliśmy się, a chłopaki wystrzelili do przodu. My również się śpiesząc, jednak mając jeszcze ciut słabszą wydolność, kręciliśmy z zadowalającą nas prędkością.

Powoli opuszczaliśmy Południoworoztoczański Park Krajobrazowy i zbliżaliśmy się do Narolu. Zatrzymaliśmy się na chwilę w Hucie-Złomy, gdzie trafiliśmy na ławeczkę Green Velo. Po krótkiej sesji zdjęciowej ruszyliśmy dalej. Dojechaliśmy do Narolu, gdzie wyjeżdżając już z miasteczka zobaczyliśmy na stacji benzynowej Krzyśka i Marcina. Okazało się, że nadal walczą z niesforną dętką i już po raz wtóry próbują ją oczyścić i napompować. Kiedy wydawało się, że udało się w końcu opanować kryzys, ruszyliśmy w kierunku Suśca. Niestety, po kilku metrach Krzysiek zauważył, że powietrze w oponie znów ucieka. Nie chcąc opóźniać jazdy, wskazaliśmy im szybszą drogę do celu, omijającą Green Velo i położone na nim wioski i ruszyliśmy przed siebie. Planowaliśmy skorzystać ze skrótu by nie tylko uniknąć bezsensownego kluczenia wśród mało ciekawych w naszej opinii miejsc, ale także ze względu na Rezerwat Źródła Tanwi niedaleko miejscowości Rebizanty, które chcieliśmy koniecznie odwiedzić.

Pokonując kilka kilometrów przekroczyliśmy granice województw. Jednak pomimo braku tablicy informującej o tym fakcie, widać było różnice. Drogi polepszyły się, były gładkie i jechało się po nich bez wysiłku. Na dodatek, patrząc na mapę zorientowaliśmy się, że zwiększyła się również ilość ścieżek rowerowych. Czuliśmy, że najbliższe dni będą obfitowały w jeszcze większą radość z jazdy. Nasz zachwyt zwiększył się, kiedy dojechaliśmy do miejsca gdzie wodospady na Tanwi są tak piękne, że nie można ich ominąć. Zaryzykowaliśmy późniejsze dojechanie do schroniska i postanowiliśmy trochę przespacerować się wzdłuż rzeki. Szum wody i gęstych koron drzew wprawił nas w niemały zachwyt. Postanowiliśmy kiedyś wrócić w te rejony na dłużej.

Do Suśca pozostała już niewielka odległość. Zastanawialiśmy się, czy chłopaki już dojechali na miejsce czy jeszcze męczą się z oponą. Po kilku chwilach, kiedy podjechaliśmy pod schronisko upewniliśmy się, że jesteśmy pierwsi. Na miejscu dowiedzieliśmy się również, że ubiegłej nocy przeszła jakaś trąba powietrzna, która zabiła dwójkę harcerek, a kilkanaście innych osób mocno poturbowała zwalając hektary lasu w którym mieścił się obóz. Z dużą dozą prawdopodobieństwa silny wiatr miał dotrzeć do nas. Cieszyliśmy się, że trafił nam się nocleg w schronisku, ale na wszelki wypadek postanowiliśmy zadbać o drożność ewentualnych wyjść. Po około godzinie dołączyli do nas chłopaki.

W Suścu rozpoczynamy przygodę z województwem lubelskim, ale o naszych przeżyciach z tego odcinka Green Velo dowiecie się w kolejnej relacji. Zapraszamy do śledzenia EkstraMisji na Facebooku, Twitterze i Instagramie. Komentujcie, udostępniajcie znajomym pojawiające się artykuły na EkstraMisji i lajkujcie. To dla nas duża motywacja do tworzenia kolejnych artykułów.

Pamiętajcie, że możecie wspierać tego bloga oraz vloga na YouTube i CDA poprzez platformę Patronite. Dzięki temu wsparciu będziemy mogli zrealizować więcej treści, artykułów i filmów z wyprawy Ekstra13, która startuje już 16 kwietnia. Dziękujemy za wsparcie.

Obserwuj mnie na:
Follow by Email
Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Instagram