Czas opuścić Kielce i sprawdzić co ciekawego znajduje się w ich okolicy. W tej części przekonacie się, że jadąc przez Green Velo będziecie zmuszeni często zjeżdżać z głównego szlaku. Chyba, że zależy Wam tylko na przejechaniu szlaku, a nie zwiedzaniu…

Szklany Dom

Wyjeżdżając z Kielc postanowiliśmy odwiedzić kolejnego sławnego pisarza, a raczej miejsce, gdzie spędził swe dzieciństwo i młodość. Chodzi o Centrum Edukacji „Szklany Dom” i mieszczącą się na jego terenie replikę drewnianego dworku upamiętniające życie i twórczość pisarza Stefana Żeromskiego. Powstało w Ciekotach w 2010 roku i pełni funkcję edukacyjno-kulturalną. Wybraliśmy tamten kierunek ze względu na piękne zdjęcia, jakie podglądnęliśmy na Internecie. I w zupełności tego nie żałujemy. Miejsce jest bardzo ładne (choć smuci fakt, że dom pisarza nie przetrwał próby czasu i spaceruje się po zrekonstruowanych pomieszczeniach), a znajdujący się w pobliżu staw jest idealnym miejscem na odpoczynek. Wokół jest tak cicho i spokojnie, że przedłużaliśmy pauzę w nieskończoność.

Sabat Krajno

Z Ciekot pojechaliśmy dalej w kierunku miejscowości Krajno-Zagórze, gdzie chcieliśmy zobaczyć jeden z najpiękniejszych parków miniatur w tamtej części Polski. Zachęceni możliwością zobaczenia placu św. Piotra w Watykanie, Koloseum, opery w Sydney czy słynnych wieżowców WTC, jechaliśmy żwawo naprzód. Im mniejsza odległość pozostawała jednak do celu, tym nasze obawy co do tego miejsca rosły. I przeczucia nas nie zawiodły. Park miniatur w miejscowości Krajno-Zagórze, to w rzeczywistości sporej wielkości Park Rozrywki, gdzie od różnorodności atrakcji boli głowa. W jednej chwili okolica zmieniła się nie do poznania. W ułamku sekundy ze wszystkich stron zaczęły nadjeżdżać autobusy wypchane rodzinami z dziećmi czy turystami. Parking niedaleko Sabat Krajno tylko utwierdził nas w przekonaniu, że jesteśmy stanowczo w złym miejscu i złym czasie.
Kiedy minęliśmy bramę wjazdową, zobaczyliśmy chmary ludzi szczelnie wypełniających punkty gastronomiczne, wspomniany park miniatur czy park linowy. Od razu odechciało nam się zwiedzania Sabat Krajno. Warto wspomnieć, że dużą część mini-budowli widać zza ogrodzenia, więc na dobrą sprawę nie trzeba kupować – dosyć drogiego – biletu, by coś-nie-coś zobaczyć.

Noc pod szkolną ławką

Negatywne wrażenie, jakie wywołało na nas Sabat Krajno zostało zniwelowane przez wyjątkowe miejsce, w jakim przyszło nam nocować. Po dosyć nużącej trasie, przebiegającej w dużej mierze przez pola i wyludnione wioseczki, dojechaliśmy do Huty Starej, gdzie mieści się schronisko młodzieżowe. Traf chciał, że akurat w tym czasie cała placówka była zarezerwowana przez zespół ludowy, który przygotowywał się na swój występ na odbywający się w Hucie Szklanej Festiwal Polskich Obrzędów Ślubnych i Weselnych. Miejsc w samym schronisku nie było, ale udało się nam wynegocjować salkę lekcyjną w szkole. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że progi szkół będziemy na tym wyjeździe przekraczać jeszcze parę razy.

Morderczy wjazd na Łysą Górę

Prócz trwających do późnych godzin wieczornych prób, naszego pobytu nic nie zakłócało. W miarę wypoczęci ruszyliśmy rano w kierunku klasztoru w Świętym Krzyżu na terenie Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Znajduje się tam relikwia Krzyża. Okazało się, że podjazd na Łysą Górę (594 m n.p.m.) i skały Gołoborze ciągnął się niemal od schroniska do samej świątyni – niemal 5 km w coraz mocniejszym słońcu. Wyobraźcie sobie jednak ten widok, który roztaczał się na okolicę z klasztornej wieży – zresztą nie musicie, ponieważ poniżej znajdują się zrobione tam panoramy.

Jednak nie tylko widoki nas urzekły. Zorientowaliśmy się, że właśnie pokonaliśmy najwyższe wzniesienie jak dotąd. Na dodatek zjeżdżając z góry z powrotem na szlak rowerowy pobiliśmy rekord prędkości – osiągnęliśmy ponad 55 km/h i tym samym znaleźliśmy się przy bramie wjazdowej do Parku w mniej niż pięć minut. To miła odmiana po niemal godzinnej walce z przewyższeniami.

Jezioro Chańcza

Droga nad Jezioro Chańcza była istną mordęgą. Przez większość czasu jechaliśmy głównymi drogami. Musieliśmy skrócić sobie trasę i pojechać do Łagowa, ponieważ planowaliśmy odpocząć nad jeziorem dwa dni by nabrać sił na dalszą podróż. Będąc na miejscu oddaliśmy się słodkiemu nieróbstwu praktycznie nie ruszając się z pola kampingowego.

Krzyżtopór i sady jabłkowe

Po dwóch dniach odpoczynku nabraliśmy sił na dojechanie do Sandomierza – ostatniego miasta w województwie świętokrzyskim. Jednak nim mieliśmy się tam zjawić, planowaliśmy odwiedzić Ujazdów, gdzie mieści się jedna z najsławniejszych budowli w Polsce – pałac Ossolińskich – Krzyżtopór. Został on zbudowany na wzór kalendarza. Posiadał: 365 okien, 12 sal, 52 komnaty oraz 4 wieże, a o wyjątkowości budowli świadczy ponadto akwarium z egzotycznymi rybami, które wmontowane było w strop sali jadalnej. Z pałacu przetrwały do dziś gołe mury, stropy i podłogi. A szkoda, ponieważ chcielibyśmy zobaczyć go w całej okazałości, z czasów świetności. Niemniej zachował się ogólny obrys kompleksu i można sobie starać się wyobrazić jak to wszystko mogło wyglądać.

Droga do Sandomierza zaskoczyła nas pozytywnie. Nie dosyć, że przez większość drogi wytyczono dobrej jakości ścieżki dla rowerów, to jeszcze przebiegały przez malownicze tereny. Należały do nich m.in. sady jabłkowe, gdzie hoduje się owoce na sławny sandomierski cydr. Nie omieszkaliśmy spróbować dwóch ich odmian. Cóż począć – dosyć długi odcinek szlaku prowadzi przez sam środek upraw, a jabłka są na wyciągnięcie ręki. Na dodatek w upalny dzień zapach jabłek jest wręcz obłędny.

Sandomierz

Kiedy wjechaliśmy do Sandomierza nie mogliśmy opanować radości. Na liczniku mieliśmy niemal 450 km i wbrew naszym przewidywaniom czuliśmy się naprawdę dobrze. A jakby tego było mało, spotkaliśmy pierwszy raz na trasie słynną ławeczkę Green Velo, kształtem przypominającą łańcuch rowerowy. Nie wiemy dlaczego, ale były one dla nas miłą niespodzianką na trasie. Jeśli jesteście zainteresowani, to podpowiem, że ławeczka znajduje się pod sandomierskim Zamkiem, gdzie mieści się Muzeum Okręgowe. Warto cyknąć sobie z nią zdjęcie…

Nocleg zarezerwowaliśmy w Domu Wycieczkowym Salus przy ulicy Portowej 26. Jak na nasze wymagania, pokoje były bardzo wygodne, choć lokalizacja średnia. Całe szczęście mieliśmy ze sobą rowery. W innym przypadku odległość do centrum mogłaby być dużym problemem. Niemniej było tanio i to w dużej mierze zdecydowało o wyborze noclegu w tym miejscu.

Jeszcze przed udaniem się na spoczynek postanowiliśmy zwiedzić słynne miasto Ojca Mateusza. Podjechaliśmy pod wspomniany wcześniej Zamek z Muzeum Okręgowym, a także na Rynek, gdzie budynek ratusza wraz z całą okoliczną zabudową sprawił, że zakochaliśmy się w tym mieście. Przyrzekliśmy sobie kiedyś wrócić tam na dłużej.

Nazajutrz udaliśmy się na zwiedzanie Sandomierza. W pierwszej kolejności wspięliśmy się na Bramę Opatowską, wybudowaną w XIV wieku z rozkazu Kazimierza Wielkiego. Z jej szczytu rozciąga się wspaniała panorama na miasto, a także nieodległą Wisłę.
Następnie postanowiliśmy spojrzeć na centrum Sandomierza z nieco innej perspektywy, a taką zapewniała nam podziemna trasa turystyczna. Została stworzona z ciągu piwnic, które rozciągają się pod płytą rynku oraz okolicznymi budynkami. W czasach, kiedy handel był główną dźwignią rozwoju Sandomierza, pod ziemią wydrążono labirynty korytarzy, piwnic i komór. Pełniły funkcję magazynów kupieckich. Dziś stanowią nie lada atrakcję i doskonałe miejsce by się schronić przed lejącym się z nieba żarem. Trasa jest jedną z dłuższych, którymi do tej pory chodziliśmy – sięga około 470 m.

Planowaliśmy jeszcze sprawdzić co ciekawego przygotowało dla zwiedzających Muzeum Diecezjalne, jednak upał był tak dokuczliwy, że straciliśmy ochotę na oglądanie tego typu wystaw. Jednak nie my jedyni. Według siostry zakonnej, która sprzedawała bilety na wystawę, rowerzyści bardzo często zjawiają się w tym muzeum tylko i wyłącznie po pieczątki do paszportu Green Velo.

Czas w drogę

Kiedy już nacieszyliśmy oczy pięknem Sandomierza, po południu wyruszyliśmy znów na trasę. Mieliśmy ostatecznie pożegnać się z województwem świętokrzyskim i powitać jedno z najcięższych pod względem różnic terenów podkarpackie. Ale nim na dobre rozpoczniemy wspinaczki i zjazdy, mieliśmy przeżyć zawód. O tym jednak opowiem w kolejnej części, która pojawi się już w niedzielę. Serdecznie zapraszam do czytania.

Tymczasem zachęcam do komentowania, lajkowania i dzielenia się tą relacją ze znajomymi. Koniecznie dajcie znać, jeśli byliście w okolicy którą wyżej opisałem. Podzielcie się swoimi doświadczeniami z Green Velo.

Pamiętajcie również, że możecie wspierać EkstraMisję i zbliżającą się wyprawę kupując koszulki czy inne gadżety w sklepie lub zostając Patronem za pośrednictwem platformy Patronite. Z góry wielkie dzięki!

Obserwuj mnie na:
Follow by Email
Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Instagram