W pociągu o piątej nad ranem

Dostanie się do Jakuszyc z Brzegu wcale nie jest takie proste. Trzeba najpierw dojechać do Wrocławia, by stamtąd złapać pociąg w stronę Szklarskiej Poręby. Kiedy się tam dojedzie, pozostaje jeszcze poczekać kilkanaście, a czasami kilkadziesiąt minut na skład, który dowiezie podróżnych dwie stacje dalej. By dotrzeć do celu o w miarę przyzwoitej porze, pozwalającej na spokojną wędrówkę pod górę, w śniegu w kierunku schroniska musieliśmy wyjechać o 4:37. W stolicy Dolnego Śląska czekaliśmy godzinę na pociąg TLK. A później jeszcze pół godziny w Szklarskiej Porębie. Finalnie dotarliśmy do Jakuszyc koło 10. Nie jest to więc połączenie dla osób, które cenią sobie wygodę. Ale nam to nie przeszkadzało. Nawet lepiej, że nie było tak łatwo. Zmęczeni ciągłym biegiem i załatwianiem przeróżnych spraw w ciągu ostatnich tygodni chcieliśmy się utrudzić na swoich zasadach.

Droga do celu

Kiedy dotarliśmy już do Jakuszyc, pozostało jeszcze wspiąć się do Chatki Górzystów gdzie zarezerwowaliśmy nocleg. Chcieliśmy udać się do niej szlakiem czerwonym. Niestety, w zimie przebiegają tamtędy liczne trasy biegowe, w tym chyba najpopularniejszy „Samolot” spod schroniska Orle do Polany Jakuszyckiej i na tym odcinku droga dla pieszych jest zamknięta. Tuż przed wejściem na szlak zobaczyć można tabliczkę informującą o alternatywnej trasie najpierw ścieżką żółtą na Dział Izerski, następnie zielonym pod Granicznik. Stamtąd wystarczy już tylko znów wejść na szlak czerwony by po około półtorej godziny dojść do Chatki. Dla nas jednak była to trasa zbyt długa. Dlatego postanowiliśmy wybrać tzw. „Górny Dukt Końskiej Jamy”, który dociera spod stacji Jakuszyce na Rozdroże pod Cichą Równią. Tam łączy się ze szlakiem niebieskim, który prowadzi bezpośrednio do Chatki.

Jak można było się spodziewać wybrana przez nas trasa była nieco bardziej wymagająca. O ile idąc szlakiem zielonym zbytnio się nie utrudziliśmy, o tyle wejście na niebieski oznaczało dosyć mozolną wędrówkę przez kopny śnieg oraz niejednokrotnie walkę o utrzymanie się na nogach na wąskich grzbietach nawianych przez wiatr zasp. Niemniej, udało się nam tą trasę pokonać niewiele tylko przekraczając założenia jego twórców. Na Hali Izerskiej przywitała nas mgła, która zakryła wszystko i ograniczyła widoczność do ledwo dwóch metrów. Mieliśmy wrażenie, że idziemy przez mleczną zupę. Gdyby nie wydeptana przez innych ścieżka i słupki wyznaczające trasę, z pewnością zeszlibyśmy z niej. Nawet schronisko, cel naszej wędrówki dostrzegliśmy dopiero, kiedy byliśmy pięćdziesiąt metrów od niego.

Pustelnia na granicy

Chatka Górzystów to budynek dawnej szkoły, która powstała w 1938 roku dla dzieci mieszkających na Hali Izerskiej gdzie swego czasu znajdowała się wieś Groß-Iser. Do 1945 roku posiadała kompletną instalację kanalizacyjną i elektryczną. Po wojnie budynek zdewastowano i ograbiono ze sprzętów oraz niektórych elementów konstrukcyjnych. Dopiero w latach 80. studenci Wyższej Szkoły Inżynieryjnej z Zielonej Góry zaadaptowali na schronisko studenckie.

Dziś, jako jedyny na Hali Izerskiej budynek ocalały po wysiedleniach oferuje noclegi i ciepłe posiłki. Jednak jak zaznaczają właściciele na stronie internetowej, schronisko nie jest przeznaczone dla wygodnych. Na miejsce nie dojedzie się samochodem, nie wjedzie kolejką gondolową, a wędrówka ze Świeradowa – Zdrój stanowi co najmniej dwu godzinną wycieczkę. Pokoje w schronisku są tylko i wyłącznie wieloosobowe, a do dyspozycji gości są dwa prysznice i po dwie toalety dla gości obu płci. Próżno szukać w głównej sali włączników światła. Jedyne jego snopy padają wieczorem z kuchni lub z kominka. By uniknąć ciemnicy, każdy stół wyposażono w fikuśne świeczniki, które co wieczór ktoś odpala. To sprawia, że atmosfera w schronisku jest bardzo intymna, ale nie brakuje gwaru rozmów. Pozostający na noc goście chętnie gromadzą się w głównej salce, pełniącej rolę również jadalni, świetlicy czy biblioteki.

Dodatki, które warto rozważyć

Menu kuchni nie jest rozbudowane, ale oferuje wszystko co potrzeba by najeść się po całodziennej wędrówce lub rozluźnić się przy rozmowie. Na szczególną uwagę zasługują naleśniki na słodko lub słono. Zarówno jedne jak i drugie to w rzeczywistości połówki grubszego omleta. W zależności od upodobań klientów wypełnia się je sporą ilością słodkiego nadzienia i polewa jagodowym sosem lub – wybierając wariant słony – wypełnia pieczarkami, posypuje startym serem, pietruszką i skrapia się ketchupem. Oba są równie dobre, a do każdego warto wziąć grzane piwo z miodem, którego właściciele nie żałują. Taki zestaw potrafi albo postawić na nogi nawet najbardziej niewyspanych albo ululać – w zależności od pory.

Warto zaznaczyć, że zmotoryzowani nie są w schronisku obsługiwani. Ile w tym prawdy, nie wiemy. Ale wolelibyśmy tego na własnej skórze nie doświadczyć. Jeśli nocujecie w schronisku, ceny w menu są liczone z rabatem, co szczególnie przydaje się przy wyborze wspomnianych naleśników, których cena jest bądź co bądź wysoka.
W zimie schronisko oferuje wypożyczenie nart biegowych. Dlatego jeśli zamierzacie tak jak my jeździć po okolicy bez konieczności niesienia nart z dołu, możecie rozważyć wypożyczenie ich na miejscu. Ceny nie są wysokie biorąc pod uwagę te obowiązujące na dole.

Biegówkowy szał

Postanowiliśmy poćwiczyć jazdę na biegówkach zaraz po przyjściu do schroniska. Rzuciliśmy plecaki, przebraliśmy się i wyszliśmy na mróz. Jako, że ja nigdy na nogach nart nie miałem, musiałem nauczyć się na nich jeździć. Aga po kilku metrach potrafiła już bez problemu utrzymać się na nogach. Problem stanowiła wybrana przez nas trasa. Powyżej schroniska Orle niewiele jest ratrakowanych tras, które mają wycięte specjalnie dla biegaczy tory. Pomiędzy Halą Izerską a Orle tylko wprawieni w boju się zapewne zapuszczają. Doszliśmy do wniosku, że warto byłoby sprawdzić ścieżkę w tamtym kierunku, by uniknąć niespodzianek na następny dzień, kiedy chcieliśmy już na poważnie pojeździć. Dojechaliśmy – bo biegiem trudno to nazwać – do sporej wiaty tuż przy granicy, którą w tamtym miejscu wyznaczał potok Izera. Nie chcieliśmy nadwyrężać się zbyt mocno. Mieliśmy za sobą dłuższą wspinaczkę z przedzieraniem się przez śnieg w roli głównej. W drodze powrotnej radziliśmy sobie już całkiem nieźle.

Nazajutrz rano staliśmy przed Chatką i szykowaliśmy się do jazdy. Gospodarz ostrzegł nas, że powinniśmy korzystać z ubywającego śniegu, bo nie wiadomo jak długo się jeszcze utrzyma. I faktycznie, trasa była bardzo mokra. Panująca odwilż skutecznie zmniejszała ilość śniegu na trasach, a gdzieniegdzie poodsłaniała kamienie. Trzeba było niejednokrotnie uważać na to, by nie najechać na nie i nie zniszczyć ślizgów. Same tory pozostawione przez zapuszczających się pod górę biegaczy nie dawały zbyt dobrego poślizgu. Niemniej, po mniej więcej półtorej godziny dotarliśmy do wyglądającego jak kościół schroniska Orle.

W środku odpoczęliśmy chwilę, zjedliśmy prowiant i doszliśmy do wniosku, że warto wbiec sobie na Dział Izerski. I to był chyba najlepszy wybór. Cała trasa była przygotowana i równa. Dopiero na tym krótkim odcinku poczuliśmy czym tak naprawdę jest bieg na nartach. Nie musieliśmy zbytnio walczyć o równowagę, jazda była rzeczywiście przyjemnością. W mgnieniu oka dostaliśmy się na Dział Izerski. Stamtąd po odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną.

Długa droga do domu

Wieczorem, kiedy już doszliśmy do siebie po ogromnym wysiłku jaki zafundowaliśmy sobie wracając do Chatki, zaczęliśmy rozważać drogę powrotną do domu. Uznaliśmy, że raczej nie będziemy mieć sił na drugi dzień biegania. Dlatego też uzgodniliśmy, że warto byłoby dostać się na Główny Szlak Sudecki i nim dojść nie do Jakuszyc, ale już na stację górną w Szklarskiej Porębie. Jako rodowite „krążowniki” uznaliśmy te niemal 16 km za doskonałą okazję do zaznajomienia się z okolicą.

Na początek czekała nas wspinaczka około 200 metrów w górę, żółtym szlakiem na Rozdroże Pod Kopą. Pogoda była niemal idealna, więc tym bardziej cieszyliśmy się, że wybraliśmy drogę po grzbiecie a nie dolinami. Trasa co rusz zaskakiwała nas pięknymi widokami na czeskie szczyty Izerów. Po wdrapaniu się na Sine Skałki a następnie Przednią Kopę w oddali zaczęły majaczyć Śnieżne Kotły i dalej również Śnieżka. Wydawało się, że oba charakterystyczne punkty są na wyciągnięcie ręki.

W okolicy Wysokiej Kopy szlak niespodziewanie zszedł z głównej ścieżki w prawo. A tam czekał na nas na powrót kopny śnieg, który miał towarzyszyć nam przez najbliższe sto metrów w dół. Jednak gdyby tego było mało, okazało się, że byliśmy nielicznymi piechurami, którzy postanowili wybrać tą trasę. W głębokim śniegu widać było tylko pojedyncze ślady butów. Korzystając z nich posuwaliśmy się powoli w dół raz po raz uważając by płynący pod śniegiem potok nie dostał się do naszych butów.

W pewnym momencie, kiedy przeżywaliśmy ogromny ubaw po zapadnięciu się po pas w śniegu, dostrzegliśmy dwójkę starszych ludzi, którzy wpatrywali się w nas około pięćdziesięciu metrów przed nami. Jak się później okazało byli narciarzami, którzy zatrzymali się na trasie kiedy zobaczyli – zapewne w ich mniemaniu niezbyt rozgarniętą – parę turystów wychodzącą z gęstego lasu w miejscu, gdzie raczej ich nie powinno być. Rzecz jasna nie straciliśmy orientacji w terenie, a wyszliśmy dokładnie tam gdzie mieliśmy. Jednak przez wysokie zaspy śniegu i niewidoczne z trasy biegowej ślady stóp wielu uznało zapewne ten odcinek szlaku za zamknięty. Poradzili nam, byśmy zamiast znów ładować się na czerwony szlak, zeszli do Szklarskiej Poręby wzdłuż ratrakowanej trasy. Po walce z wysokim śniegiem, uznaliśmy, że przyśpieszymy sobie nieco wędrówkę idąc zgodnie z sugestią ale wejdziemy na czerwony szlak nieco później, za Rozdrożem pod Zwaliskiem. Za wszelką cenę chcieliśmy sprawdzić jak wygląda schronisko na Wysokim Kamieniu. Po minięciu nieczynnej kopalni kwarcu wybraliśmy letni szlak rowerowy i po pewnym czasie już byliśmy z powrotem na Głównym Sudeckim.

Skaza na obliczu GSS

Schronisko na Wysokim Kamieniu osobiście rozczarowało mnie. Właściciel najwyraźniej teren wokół skałek postanowił przeznaczyć pod niewielki zamek. Na szczycie widać świeżo wzniesioną basztę, a nieco niżej budynek „schroniska” przywodzi na myśl zamkowe zabudowania. Jak dla nas trąci za bardzo komerchą i niewiele ma wspólnego ze schroniskami, które poznaliśmy do tej pory.

Spod wątpliwej urody zameczku, prowadzi już prosta droga do Szklarskiej Poręby. Wychodzi ona niedaleko górnej stacji kolejowej, co nas szczególnie cieszyło. Wystarczyło jeszcze urządzić sobie niewielki piknik z rzeczy zakupionych w pobliskim Lidlu i po pewnym czasie mogliśmy ruszyć w drogę powrotną do Brzegu.

Stokrotne dzięki, że postanowiliście doczytać ten długi wpis do samego końca. Zostawcie komentarz poniżej lub na Facebooku, Twitterze czy Instagramie. Napiszcie czy znacie miejsca opisane w relacji, a jeśli tak to jakie macie odczucia i zdanie na ich temat? Jeśli tekst się Wam spodobał, koniecznie zostawcie kciuki w górze, serduszka plusiki czy co tak jeszcze innego zechcecie. To bardzo mnie motywuje i sprawia, że jeszcze chętniej zabieram się do spisywania naszych przeżyć.

Obserwuj mnie na:
Follow by Email
Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Instagram