Ponad 700 km jazdy po wybrzeżu. Dziesiątki godzin przesiedzianych na rowerze. Jeden cel: przejechać na dwóch kółkach spod niemieckiej granicy do rosyjskiej i przy okazji dobrze się bawić. Zapraszam na drugą już część relacji z tego wyjazdu.

Zgodnie ze wskazaniami licznika, dobijamy powoli do 400 km. W tej części dowiecie się, co nas tak wykończyło, że postanowiliśmy następne dni przeznaczyć na dłuższą regenerację? A zresztą… przeczytajcie sami relację z przejazdu odcinka Dźwirzyno – Izbica!

22 lipca, Dźwirzyno – Mielno.

Mimo,
że zostaliśmy zaakceptowani i – gdybyśmy chcieli – zapewne
moglibyśmy zostać dłużej, to nasza podróż musiała trwać
dalej. Po zalesionym początku, na wysokości Grzybowa rozpoczął
się etap terenów bardziej odsłoniętych. Upał dawał się we
znaki.
Po
przekroczeniu granic Kołobrzegu skierowaliśmy się od razu na
latarnię morską. W całym mieście czuć było imprezowy nastrój,
dlatego nie chcieliśmy zbyt długo pozostawać na jego obszarze.
Kołobrzeską latarnię zwiedzaliśmy już wcześniej, dlatego na
górze zrobiliśmy tylko obowiązkową sesję zdjęciową, podbiliśmy
paszporty i ruszyliśmy dalej. Mijając tłumy już zaprawionych do
boju festiwalowiczów, rzuciliśmy okiem na nasze ubiegłoroczne pole
namiotowe i powróciliśmy na ścieżkę R-10. Większą część
trasy do wschodniej granicy miasta już znaliśmy z wcześniejszych
spacerów, ale mimo to Ekopark był miłym dla oka widokiem. Baliśmy
się trochę wąskich kładek, którymi trzeba było się poruszać,
szczególnie mając na uwadze szerokość zapakowanych rowerów –
naszych oraz innych cyklistów. Jednak, wbrew obawom, pokonanie tego
odcinka trasy nie sprawiło problemów. Tutaj również minęliśmy
rodzinkę poznaną w Niechorzu. Za sprawą pozostałości lotniska
Kołobrzeg-Bagicz duża część drogi do Sianożętów była wolna
od cienia. Zresztą dalej nie było lepiej. Tylko czasami, za
Ustroniem Morskim, pojawiały się większe lub mniejsze lasy.
Latarnię morską w Gąskach poprzedziła pełna kurzu i turystów
droga. Być może przez wszechobecny upał, albo na skutek naszego
zmęczenia, krótka ulica ciągnęła się w nieskończoność. Pod
latarnią trafiliśmy na wycieczkę wyjątkowo rozdartych dzieci z
koloni, które po wejściu na taras widokowy, znalazły sobie zabawę:
plucie z góry na swoich kolegów. Czas umiliły nam kury, które
postanowiły schować się pod naszymi rowerami. Zastanawialiśmy
się, co się stanie, kiedy jedna z nich postanowi uwić sobie
gniazdko na naszych sakwach. Doszliśmy do wniosku, że po zdobyciu
latarni udamy się do Mielna, aby tam odpocząć od niemiłosiernego
upału i nabrać sił na dalszą podróż. Mieliśmy w tym dniu pobić
osobiste rekordy odległości w jeździe na rowerze. Nigdy wcześniej
nie przejechaliśmy w jednym dniu tylu kilometrów. Uznaliśmy więc
Mielno za cel podróży i nagrodę za wytrwałość. Jednak przed
nami było jeszcze kilkanaście kilometrów jazdy w słońcu.
Jadąc
dalej, za Chłopami minęliśmy obelisk obwieszczający nam, że
właśnie znaleźliśmy się na linii szesnastego południka. Szybka
dokumentacja i już siedzieliśmy na siodełkach, kręcąc na
Mielno. 
Zastanawialiśmy
się jak będzie wyglądać ta miejscowość. W końcu nie każda
leży pomiędzy morzem, a dużym jeziorem. Wyobrażaliśmy sobie, że
przejście z plaży nad jezioro będzie przebiegało mniej więcej
tak jak pokonanie pasów na jezdni. Nic bardziej mylnego. Okazało
się, że Mielno to dosyć szeroka mieścinka, a pomiędzy dwoma
brzegami mieści się kilka ulic i całe mnóstwo domów.

Postanowiliśmy
zatrzymać się na pierwszym polu, które znajdziemy i które spełni
przynajmniej kilka z naszych wymogów. W końcu tutaj mieliśmy
spędzić więcej, niż jedną noc. Wybór padł na pole „Przy
Jamnie”. Wczasowicze z namiotu obok okazali się na tyle mili,
że użyczyli nam swój grill, wraz z węglem. Zjedliśmy pierwszą w
tym roku grillowaną kiełbasę. I padliśmy ze zmęczenia.
23 lipca, Mielno.
Następny
dzień spędziliśmy na zwiedzaniu Mielna. Zainteresował nas rejs
tramwajem wodnym po jeziorze Jamno. Zdziwiliśmy się, że nie widać
żadnych żaglówek, ani jachtów, których zawsze jest pełno na tak
dużych jeziorach. Okazało się, że pomimo ogromnej powierzchni,
jest to swego rodzaju kałuża. Może jestem zbyt dosłowny, ale jak
nazwać coś, co ma 10×3,5 km a średnia głębokość to zaledwie
1,4 m? Jednak ciekawe okazało się, że po tak płytkim zbiorniku
pływają statki, takie jak tramwaj, na którym się znajdowaliśmy.
Kapitan wyjaśnił nam, że często zdarzało się, iż statek
osiadał na mieliźnie. Dlatego teraz jego maksymalne zanurzenie, to
około 60 cm i porusza się tylko po określonej trasie,
gwarantującej odpowiednią głębokość. Nie zalecałbym również
kąpieli w tym zbiorniku. Mimo kuszącej głębokości, jezioro
stanowi zlewnię wszelkich przemysłowych świństw z Unieścia,
Mielna, czy Łaz. Swoje dokładają również osiecka gorzelnia i
Koszalin, skąd rzeką Dzierżęcinką odprowadza się do Jamna
pozostałości po oczyszczaniu wody w mieście. Niemniej, polecam
rejs po tym ogromnym akwenie. Z pokładu tramwaju można przyjrzeć
się nieregularnej linii brzegowej tej dawnej zatoki, oddzielonej
dziś mierzeją.

24 lipca, Mielno – Jarosławiec.
Zregenerowaliśmy
siły i byliśmy gotowi do dalszej drogi. Jechaliśmy wzdłuż brzegu
jeziora. Następnie, w Łazach, skręciliśmy na Osieki i raz po raz
rozjeżdżając, to drogę nr 203, to boczne jej odnogi, zbliżyliśmy
się do Jeziora Bukowo. Bukowo Morskie stanowiło już przedpokój
Darłowa, gdzie mieliśmy wejść na kolejną latarnię. Wjechaliśmy
do Darłowa drogą nr 203 i trochę się pogubiliśmy na rondzie przy
PSB Mrówka. Chcąc skrócić sobie drogę na drugi brzeg rzeki
Wieprzy, wybraliśmy zjazd nie w ulicę Lotników Morskich, ale w
następną. Uznaliśmy, że skoro na mapie Google’a widoczna jest
droga z jakąś budową tuż przy brzegu, to pewnie zrobili tam
przeprawę. I co najlepsze, w podobną pułapkę wpadali w dużej
liczbie również inni, zarówno rowerzyści jak i kierowcy
samochodów. Kiedy zawracaliśmy już na wspomnianą wcześniej
ulicę, z szyderczym uśmiechem obserwowaliśmy jak inni wybierają
kolejny zjazd z ronda. Drogą okrężną, ale w końcu dotarliśmy w
okolicę latarni. Pozostało tylko poczekać kilka minut, aż
oryginalna przeprawa nad portowym kanałem zostanie znów otwarta i
kupiliśmy bilet wstępu.

Po
zejściu z latarni wdaliśmy się w dyskusję z panem tam pracującym.
Poradził nam, abyśmy minęli pobliskie poligony, ponieważ z całą
pewnością nie uda nam się ich przejechać bez przepustek. Jak się
później okazało, żadnych poligonów nie mijaliśmy.
Zastanawialiśmy się, którędy trzeba byłoby pojechać, aby trafić
na tę przeszkodę. Nasze rozważania nie trwały jednak długo,
ponieważ po kilku kilometrach rozpoczęła się przepiękna trasa.
Nie da się ukryć, że właśnie dla takich chwil, jakich mieliśmy
okazję doświadczyć od Wici do Jarosławca, zdecydowaliśmy się
na szlak R-10. Rzeczywistość okazała się inna, ponieważ droga po
nasypie, z którego widać morze, była jedną z dwóch na całej
trasie, gdzie przez kilka kilometrów mogliśmy się rozkoszować
pięknym widokiem. Było nam tak dobrze, że przejeżdżając przez
zjazd na plażę Rusinowo, postanowiliśmy przerwać jazdę i
wskoczyć do wody.

Zresztą
okoliczności i tak zmusiłyby nas do zejścia z roweru, gdyż
właśnie w tym miejscu przez około pięćdziesiąt metrów
musieliśmy radzić sobie z głębokim piaskiem. Nasyp na krótką
chwilę urwał się i trasa schodziła kilka metrów na plażę, a
następnie pod górkę na dalszą część drogi. Przez chwilę
zastanawialiśmy się nawet, czy nie rozbić namiotu i przenocować
na tej mało uczęszczanej plaży. Koniec końców, ruszyliśmy
dalej. I dobrze, ponieważ dzięki temu mogliśmy w dalszym ciągu
rozkoszować się drogą – jechaliśmy po słynnym dawnym pasie
startowym. A nieopodal pasa mieściło się pole, którego nazwa jest
adekwatna do warunków – „Arkadia”. Nie dość, że było
to jedno z najcichszych pól, na jakim do tej pory spaliśmy, to
jeszcze totalna ciemność pozwalała podziwiać rozgwieżdżone
niebo. Z pewnością długo będziemy mieć w pamięci tę noc.

25 lipca, Jarosławiec – Rowy.
Następnego
dnia niechętnie zbieraliśmy się w dalszą drogę. Żal było
opuszczać tak spokojne miejsce. W końcu jednak wyruszyliśmy i po
kilkunastu minutach zapinaliśmy rowery pod kolejną, szóstą już
latarnią. Byliśmy zdziwieni, ponieważ była to pierwsza latarnia,
która stoi tak daleko od brzegu. Wdrapaliśmy się na nią. Dalej
jechaliśmy przez Łącko, Korlino, Królewo, a za Złakowem
przywitaliśmy ponownie drogę nr 203. Po kilkunastu kilometrach
wjeżdżaliśmy powoli do Ustki. Trochę nas wymęczyła ta
„wojewódzka”. Zresztą jak każda tego typu droga. Niestety,
kierowcy zapominają, że nie jest to „ekspresówka” i wciskają
gaz do dechy. O ile dla nich prędkość nie jest tak spektakularna,
to dla naszych rowerów i nas samych, odczucie jest jak po wyminięciu
przez bolid. Na tego typu drogach, niestety, wychodzi złe
usposobienie kierowców i ich brak wyobraźni.
W
centrum miasteczka napięcie też równie szybko nie minęło,
ponieważ tam, jak w wielu odwiedzonych nadmorskich miastach, turyści
są okropni. Wydaje nam się, że wyjeżdżając na wakacje, wielu
ludzi zostawia w domach również mózgi. Zastanawiające, czy w
swoich miastach również chodzą po ulicy, za nic mając kodeks
ruchu drogowego. Można zrozumieć wszystko, ale nie wchodzenie pod
koła – nie tylko rowerów, ale i samochodów – podczas gdy przejście
dla pieszych jest oddalone o zaledwie kilka metrów. Niejednokrotnie
chciałem zamienić się na moment w policjanta, spisać wszystkich
łamiących przepisy i wlepić im mandaty. A jestem pewien, że
wykonałbym, na jednej tylko ulicy, normę nie tylko miesięczną,
ale i roczną. Tymczasem pozostało jedynie złorzeczenie w myślach,
choć czasami również na głos…

Po
zdobyciu kolejnej pieczątki Blizy, udaliśmy się na falochron,
gdzie czekała na nas roznegliżowana syrenka. Nie wiadomo kto
zapoczątkował tę tradycję, ale za jego sprawą od kilku ładnych
lat pierś półkobiety jest regularnie pucowana przez tysiące rąk,
zarówno kobiecych jak i męskich. Podobno dotknięcie jej lewej
piersi i pomyślenie życzenia sprawia, że zostaje ono spełnione.
Ile w tym prawdy, a ile zwichrowanej wyobraźni prekursora
molestowania posągów, trudno określić. Jednak ten odwołujący
się do najstarszych instynktów zwyczaj ma się dobrze i raczej
długo jeszcze będzie biedaczkę męczył.

W Ustce mieści się również nieczynna już od dłuższego czasu przeprawa piesza na kanale portowym. W porównaniu do tej z Darłowa, gdzie przeprawa rozsuwała się wgłąb brzegu, tutejsza umożliwia przejście po wykręceniu się jej o 90 stopni.

Trasa
z Ustki do Rowów była bardzo zróżnicowana. Od asfaltowych jezdni,
po piaszczyste drogi polne. Dotarliśmy jednak do celu i pozostało
tylko wybranie taniego – bo od pewnego czasu ceny drastycznie zaczęły
rosnąć – pola namiotowego. Wybór padł na zapchany prawie na maksa
camping „Wygoda”. Zdecydowało zmęczenie i chęć ukrycia
się przed komarami, których całe roje w kilka chwil obsiadały
człowieka.
26 lipca, Rowy – Izbica.
Pełni
nadziei, że na dalszej drodze tylu komarów już nie będzie,
wyruszyliśmy w kierunku Łeby. Mieliśmy jednak na uwadze – po
przeczytaniu relacji innych cyklistów – że te okolice są wyjątkowo
zdradliwe. Nie zdziwiła więc nas ilość piasku i korzeni
wystających z ziemi. Było to duże utrudnienie, które skutecznie
odbierało siły. Szczególnie trudny był odcinek łączący prawy
brzeg Jeziora Dołgie Duże ze szlakiem niebieskim, przy rozwidleniu
na Czołpino. Ścieżka okazała się rzadko uczęszczana, zarośnięta
i mocno grząska od błota. Dopiero później dowiedzieliśmy się,
że istnieje alternatywna droga, wyłożona płytami betonowymi. Ale
kto mógł o tym wiedzieć wjeżdżając na proponowaną przez
Słowiński Park Narodowy ścieżkę?
Na
rowerach nie udało się podjechać bezpośrednio pod latarnię.
Musieliśmy je zostawić około kilometra od niej, gdyż na szczyt,
gdzie się znajdowała prowadziły albo strome schody, albo głęboki
piach na dosyć ostrym zboczu. Po podbiciu paszportu, zdecydowaliśmy
się na małą wycieczkę na pobliską Wydmę Czołpińską. Upał
dawał się we znaki i z dużym wysiłkiem przedzieraliśmy się
przez kolejne piaszczyste wzniesienia. Całe szczęście, że rowery
zostawiliśmy przypięte na początku ścieżki, bo gdybyśmy mieli
dodatkowo pchać ze sobą rowery mogłoby to skończyć się
wybuchem.

Rzuciliśmy
okiem na odległe jeszcze morze i to wystarczyło – nie pchaliśmy
się dalej na wydmy. Z pewnością, gdyby okoliczności były inne, a
zmęczenie i upał nie tak duże, zapamiętalibyśmy tę górę
piasku nieco pozytywniej. Po powrocie do rowerów, zdrzemnąłem się,
co pomogło mi w przejechaniu dalszej trasy.
Doszły
nas słuchy, że pobliskie Bagna Izbickie są wyjątkowo upierdliwe i
męczące, dlatego zastanawialiśmy się jak je ominąć. Co prawda,
pani w kasie na latarni upierała się, że bagno na trasie jest – i
owszem, ale nie na odcinku Kluki – Izbica, tylko znacznie krócej, bo
do Lisiej Góry. Nie zmieniło to jednak naszego planu ominięcia
owianej złą sławą ścieżki. Trasa przez plażę natomiast wydała
się nam nie do pokonania na naszych rowerach, dodatkowo obciążonych
sakwami. Wybór padł na okrężną drogę nr 213. Zgodnie z relacją
innych, można w ten sposób ominąć bagna i, wbrew pozorom,
przyśpieszyć dotarcie do Łeby. Wystarczy dojechać za Witkowo i
skręcić w lewo na drogę wojewódzką. Następnie w Wicku skręcić
w kierunku nadmorskiego molocha i 214-tką wjechać spokojnie do
centrum. Jednak, czy to przez ogólnie pojęte zmęczenie, czy też
chęć ucieczki od coraz bardziej irytujących samochodów na drodze,
postanowiliśmy zjechać do Rumska. Według mapy, za Rówienkiem
istniała bowiem droga dosyć kręta, ale prowadząca ostatecznie do
Izbic, a później stamtąd do Łeby. Z nadzieją, że zobaczymy
jednak szybciej nadmorski kurort, ruszyliśmy przed siebie. Kilka
kilometrów dalej wylądowaliśmy na „kocich łbach” i…
szlaku R-10. Zdziwieni że szlak nie przebiega jednak przez Bagna,
pojechaliśmy według jego zaleceń. To był ogromny błąd, ponieważ
po wytrzęsieniu, niejednokrotnym zakopaniu i niemal doprowadzeniu do
furii szlak sprawił, że wróciliśmy do Główczyc, z których
zrezygnowaliśmy na dwa kilometry przed dojazdem. Niby nic się nie
stało, jednak nadłożyliśmy lekko ponad 10 km, aby znaleźć się
w punkcie wyjścia. Psychika nie wytrzymała tej ciężkiej próby.
Musieliśmy kilkanaście minut odpocząć, aby doprowadzić się do
stanu umożliwiającego dalszą jazdę. Przez chwilę rozważaliśmy
nawet nocleg w ogródku pani ze sklepu spożywczego, gdzie
uzupełnialiśmy zapasy wody. Finalnie zebraliśmy się w sobie i
postanowiliśmy dojechać tylko do Izbicy. Całe szczęście tylko
przy granicy Główczyc droga była uciążliwa. Pełna kurzu i
kamieni ścieżka zamieniła się w asfalt, a my, niczym kolarze z
Giro d’Italia, wzajemnie się dopingowaliśmy i holowaliśmy, aby
nadrobić jak najszybciej stracone kilkadziesiąt minut. Równa
jezdnia poprawiła nam humory i pędząc czasami ponad 30 km/h
zbliżaliśmy się do celu. W połowie drogi dojrzeliśmy w krzakach
kładkę, z której można było obejrzeć wrzosowisko.

Widok
na ten lekko przytłumiony fiolet dodał nam otuchy i sił. W nieco
radośniejszym nastroju wjechaliśmy do Izbicy. Szybko udało się
nam znaleźć pole namiotowe. Okazało się, że „Familia”,
bo tak nazywało się miejsce, w którym się zatrzymaliśmy, jest
mało uczęszczanym campingiem. Spotkaliśmy tam za to grupę
rowerzystów, z którą mogliśmy porozmawiać o przebytej trasie,
wymienić się spostrzeżeniami i doświadczeniem. Towarzystwo było
ściśle związane ze szlakiem R-10, a składało się z: mężczyzny,
który postanowił przejechać ten szlak, jednak zepsuł mu się
rower i jechał na pożyczonym od znajomego, ledwo dającym radę;
poznanej przez niego na trasie dziewczyny, z którą wspólnie
przepychali swoje zapakowane pojazdy przez grzęzawiska; Szwajcarki z
małym dzieckiem, która stała się dla nas symbolem samozaparcia i
wielkiej siły po przejechaniu bagien z przyczepką… i to samotnie
(nie licząc dziecka). Dodatkowo była też rodzinka kamperowców,
którzy zwiedzali na rowerach okolicę.
I
tak, za sprawą podobnych sobie ludzi, pysznej gulaszowej z
przycampingowej knajpki i rozgwieżdżonego nieba, zapomnieliśmy na
chwilę o zmęczeniu i przebojach mijającego dnia. Kiedy jednak pyta
nas ktoś albo sami rozważamy najcięższy moment tej wyprawy, wybór
zawsze pada na ten dzień i tę trasę.

Jeśli relacja z tego odcinka podobała się wam, zachęcam do zostawienia komentarza lub zalajkowania na Facebooku. Oczekujcie również kolejnej części w najbliższych dniach gdzie wspólnie dojedziemy do Helu.

Obserwuj nas na:
Follow by Email
Facebook
Facebook
Twitter
Visit Us
YouTube
YouTube
Instagram